9 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Ach te rokosze! Wojna domowa 1606-1609.

aut. Lucjan Fac, „Nasz Przemyśl”, sierpień 2011 (Nr 83)

Zbytnie zaangażowanie w sprawy rokoszowe spowodowało, że główni zwolennicy rokoszu z naszego województwa niejako „odjechali”, odrywając się od realiów i swoich możliwości. Kontrofensywa którą przeprowadził na terenie województwa ruskiego obóz regalistów na czele z bp. przemyskim Pstrokońskim, pozbawiła rokoszan oparcia w szlachcie ruskiej. Polaryzacja obozów, która nastąpiła w marcu i kwietniu 1606 r. ukazała, że faktycznie obóz rokoszan na terenie województwa ruskiego jest rozbity i niezdolny do poważniejszych akcji.

Przywódcy rokoszu na naszym terenie, a więc Stanisław Diabeł Stadnicki, Jan Szczęsny Herburt i Jakub Sienieński  nie byli zdolni do podjęcia jakiejś większej, zorganizowanej akcji. Większość ich dóbr znajdowała się wśród posiadłości obozu regalistów, wśród których było przecież wielu zagorzałych wrogów prywatnych. Zatarg Diabła Stadnickiego z Łukaszem Opalińskim jeszcze przed rokoszem wisiał na włosku, zatarg Jana Szczęsnego Herburta ze starostą przemyskim Stanisławem Stadnickim był również nie do uniknięcia, a zatarg Jakuba Sienieńskiego wojewodzica podolskiego ze Stanisławem Derszniakiem  (Derśniak) z Rokietnicy, który miał miejsce tuż przed rokoszem, potępiony został przez całą szlachtę ziemi przemyskiej, która jak jeden mąż stanęła po stronie Stanisława Derszniaka. Trudno w tej akuratnie sprawie dociekać przyczyn politycznych, był to bowiem typowy spór sąsiedzki, ale wydarzenia polityczne wciągnęły go w swoją orbitę i po pewnym czasie nikt już nie wiedział, od czego się zaczęło. Tak na marginesie zajazdy były swoistą normą na terenie województwa ruskiego i w zasadzie nie robiły jakiegoś szczególnego wrażenia na naszej szlachcie. Jednak ten „rokietnicki” przypadek  był szczególny. Racja wydawała się być po stronie Jakuba Sienieńskiego, który swego czasu pożyczył Derszniakowi sumę 12 000 zł, inskrybowanych (zabezpieczonych) na Rokietnicy i Woli Rokietnickiej. Termin zwrotu pieniędzy minął, tak więc Jakub Sienieński, będąc w prawie do zajęcia dóbr rokietnickich, wysłał tam swojego woźnego z czeladzią, którzy mieli dokonać aktu intromisji, czyli zajęcia i ogłoszenia wszem i wobec przejęcia majątku. Woźny wysłany przez J. Sienieńskiego musiał być bardzo odważną i energiczną osobą, skoro z zaskoczenia zajął dwór Derszniaka. Ten podniósł jednak larum na całą okolicę i szturmem odbił swój dom, zmuszając woźnego do ucieczki. Tak więc próba przejęcia majątku przez Sienieńskiego się nie powiodła.  Wkrótce miały miejsce w Przemyślu roki sądowe (sesja sądu), na które wybrał się Derszniak, chcąc uiścić opłatę Sienieńskiemu. Była to spora suma pieniędzy, a przeliczanie jej w ówczesnej monecie kruszcowej, często drobnego nominału, wymagało sporo czasu. Sienieński wcześniej upokorzony przez Derszniaka wykorzystał ten moment i na czele zbrojnego oddziału wpadł do rokietnickiego dworu, starając się przejąć, jakby na to nie patrzeć, swoją posiadłość. Uczynił to jednak w sposób bardzo gwałtowny. Opis tego wydarzenia znalazł się w Aktach Grodzkich i Ziemskich, w Akcie Konfederacji szlachty przemyskiej przeciwko Jakubowi Sienieńskiemu, Przemyśl 3 lutego 1607 r.  z jednymi zwłaszcza pieszymi przez parkany się łamał a z drugimi wrota wybił, stróża jednego zabił z rusznice dwóch postrzelił, w dom potem mieszkany wpadłszy do skarbca się dobił, srebro i inne sprzęty i armatę gwałtem zabrał, potem i do pokojów dobił się tamże połupienie uczynił, córeczkę jedną IMci p. Derszniakównę postrzałem z rusznice przez drzwi zranił, dom zakrwawił …1

Szczęśliwym dla przebywającego w Przemyślu  Derszniaka zbiegiem okoliczności koło Rokietnicy przejeżdżał zmierzający do Żurawicy Stanisław Lubomirski. Wysłał on na pomoc żonie Stanisława Derszniaka towarzyszący mu oddział jazdy, która wypłoszyła Sienieńskiego i jego ludzi. Wiadomości o tym gwałcie, a szczególnie rana córeczki, wzburzyły opinię publiczną. Nie mieściły się w kanonie zasad ówczesnej szlachty, która natychmiast wzięła stronę Derszniaka, potępiła Sienieńskiego i oddała sprawę przeciw niemu sądowi  do egzekucji2. Zaiste imponująca jest lista szlachty, która natychmiast podpisała ten dokument3. W ten sposób jeden z filarów rokoszu Zebrzydowskiego na terenie ziemi przemyskiej, a potem całego województwa ruskiego był po prostu spalony. Mało tego współpraca z nim przenosiła również niechęć szlachty na innych, np. na Stanisława Stadnickiego Diabła, chociaż w tym przypadku dodatkowe oskarżenia nie miały już większego  znaczenia. Diabeł i bez tego miał koszmarną reputację. Dodatkowym , być może wtedy mało znaczącym faktem pozostaje kalwińskie wyznanie Jakuba Sienieńskiego,  podobnie zresztą jak i samego Diabła Stadnickiego. Pamiętać  przy tym należy, że spiritus movens obozu regalistów na terenie województwa ruskiego był bp przemyski  Maciej Pstrokoński.

KAZANIE SKARGI , OBRAZ J. MATEJKI. POŚRODKU 025.png

Kazanie Skargi, obraz Jana Matejki - pośrodku  Stanisław Diabeł Stadnicki

Druga ostoja rokoszu Zebrzydowskiego, Stanisław Diabeł Stadnicki w sposób dosyć niespodziewany zniwelowany został przez Łukasza Opalińskiego. I znowu, podobnie jak w przypadku Sienieńskiego,  górę wzięły animozje osobiste, niechęci, ambicje, które doprowadziły do wojny domowej, w której hasła rokoszu były już tylko czczą gadaniną i przykrywką dla prywaty. Zresztą Diabeł , który tak aktywnie uczestniczył w zjazdach rokoszowych pod Stężycą i pod Sandomierzem, widząc odpływ poparcia na terenie województwa ruskiego, w dużym stopniu spowodowany postępowaniem Sienieńskiego, aby trzymać rękę na pulsie  wrócił na teren ziemi przemyskiej. Zgromadził w Łańcucie jak zwykle całe zastępy najemników, sabatów i siał  postrach na terenie całego województwa. Jednak to jego cofnięcie się na teren ziemi przemyskiej w wydatny sposób osłabiło siły rokoszan, a nawet w obliczu rosnącej przewagi króla i regalistów zepchnęło je do defensywy. Była i druga strona medalu. Diabeł pozostał na tych terenach sam, bowiem nawet Jan Szczęsny Herburt znalazł się w obozie rokoszan  przy samym Zebrzydowskim. Zresztą już wcześniej Żółkiewski miał na oku zarówno Łańcut jak i Dobromil, które uważał za główne źródła niepokojów. Skazany na siebie samego Diabeł rozpoczął nieprawdopodobną dywersję, czym zaniepokoił poważnie zarówno hetmana jak i króla. Zaczął szukać oparcia na południu, na Węgrzech już nie tylko zaciągając ich w swe szeregi lecz układając się bezpośrednio z Gabrielem Batorym księciem Siedmiogrodu, który wykazywał coraz to większe ambicje i aspiracje polityczne.  W dobie rokoszu widziany był jako kandydat do tronu polskiego po detronizacji Zygmunta III Wazy. Najgorętszymi orędownikami jego kandydatury byli Stanisław Stadnicki i Jan Szczęsny Herburt4. Siły zgromadzone przez Stadnickiego w czerwcu  1606 roku, z którymi przybył na sejm do Lublina, były całkiem pokaźne. Diabeł przyjechał na czele 400 husarzy, 400 piechoty i 200 kozaków, chełpiąc się przy tym, że płacę im nie ze skarbu Rzeczypospolitej, ani ze starostw, ale z ubogiego mieszka ziemiańskiego.  Skrajny kabotynizm! Przecież większość pieniędzy na wystawienie tej armii pochodziła ze zrabowanych dóbr Korniaktów  z Sośnicy. Rola Diabła w rokoszu Zebrzydowskiego nie jest oceniana jednoznacznie, a sądy, delikatnie mówiąc są dosyć rozbieżne. A. Prochaska5 widzi w Diable jednego z głównych promotorów rokoszu, a z kolei W. Łoziński6 jedynie pieniacza, wichrzyciela, który nie miał większych ambicji politycznych i jego determinacja w działaniu sprowadzała się ściśle do własnego interesu. W tym samym kierunku poszedł współcześnie Jacek Komuda7, doskonały popularyzator dziejów nowożytnych Rzeczypospolitej. Wydaje się, że momentem kluczowym dla oceny jego roli w czasie rokoszu wydaje się być dzień 3 października 1606 r., kiedy to oddziały królewskie dopadły wycofujących się rokoszan pod Janowcem nad Wisłą. Idący przodem Diabeł ze swoimi wojskami przedostał się na drugą stronę rzeki, pozostawiając  swoich sojuszników i na czele ponad 1100 żołnierzy wycofał się na Ruś. Postrzegłszy się Stadnicki w kilkaset człowieka swoich przeprawił się przez Wisłę ku Kazimierzowi, a oni drudzy już nie mogli przyjść do tego, bośmy prędko nastąpili na nich. Po niemałej chwili , przez kontrakty i to wymogli na nich, że dali na się assekuraciją Królowi JMości P. Wojewoda Krakowski i P. Podczaszy Lit. Jako więcej nie mieli turbować Rzplitej, i w pokoju się rozjechać. Wzięto ich jednak było na słowo do obozu królewskiego obudwu, i byli tam do trzeciego dnia, aż po tej assekuracyji pozwolono im odjechać, a Stadnicki diabeł kpił z tego za Wisłą będąc8Jak faktycznie zachował się Diabeł w tej sytuacji? Czy rzeczywiście stchórzył i uciekł?  Nawet współczesny badacz tego tematu Henryk Wisner napisał:  Teraz w chwili próby, tchórzliwie porzucił towarzyszy i na czele własnych oddziałów, jak mówiono tysiąca stu pieszych i konnych przeszedł  Wisłę i  wrócił na Ruś9.  Daleki jestem od usprawiedliwiania Diabła Stadnickiego, ale jest w jego zachowaniu pewna niespójność. Ośmieliłbym się raczej postawić tezę, że Stadnicki swój udział w rokoszu potraktował bardzo poważnie. Prawdą jest, że kierowały nim bardzo niskie pobudki, z czym w pełni się należy zgodzić z W. Łozińskim, ale czy faktycznie wydarzenia z roku 1606 można ocenić w sposób tak przyziemny?  Wydaje mi się jednak, że są to sądy zbyt powierzchowne i pewnym stopniu narzucone przez Władysława Łozińskiego, który jednak „Prawem i lewem” pisał pod kątem nadużywania  siły, nieposzanowania prawa, a pod tym względem Stadnicki był wręcz wzorcem doskonałym. Trudno jest z tym rysem jego postaci polemizować. Jednak wydaje mi się, że rokosz roku 1606 Stadnicki potraktował jak życiową szansę, która mogła doprowadzić do zemsty na Zygmuncie III, w tym również za ostatni despekt, jaki go spotkał przy ubieganiu się o godność starosty przemyskiego po zmarłym jeszcze w listopadzie 1605 r. referendarzu koronnym Janie Tomaszu Drohojowskim.

Starosta przemyski Adam Stadnicki, kuzyn Stanisława

Godność tą otrzymał Adam Stadnicki, z którym przecież Diabeł toczył spór, był to więc afront na niespotykaną przez Diabła skalę.  U  boku nowego władcy mógłby odegrać się na wszystkich, a i własną fortunę przy tak potężnie wznieconym pożarze skutecznie pomnożyć. Już to zresztą praktykował podczas drugiej podwójnej elekcji, i po bitwie pod Byczyną w roku 1588. Było to jednak przedsięwzięcie bardzo niebezpieczne zarówno dla samego Stadnickiego jak i dla całej jego rodziny i majątku. Bezczelny typ wierzył jednak w moralność sędziów i doszedł do wniosku, że najgorsze może spotkać jego samego, rodzinie natomiast w polskim systemie jakoś się upiecze. Na początku 1606 r. przepisał więc w sądzie przemyskim na swoich synów Władysława i Zygmunta, trzeciego Stanisława nie było jeszcze na świecie. Na majątkach tych zabezpieczył żonie Annie dożywocie, a córce Felicjanie posag w wysokości 15 tys. zł. Całkowicie wykluczył z grona swoich spadkobierców swoich kuzynów, m.in. Adama. Tak więc na wypadek jaki bądź był Diabeł w miarę dobrze przygotowany. Rodzina zabezpieczona prawnie i finansowo, majątek rozpisany, a za całość od tego momentu podejmowanej działalności odpowiedzialność ponosić miał tylko on. W. Łoziński jednak podważył inklinacje do wielkiej polityki ze strony Diabła. Pisał m.in.: O akcji politycznej Stadnickiego w rozumniejszym znaczeniu tego słowa być nie może. Do akcji statecznej, chociażby zresztą radykalnej i przewrotnej, ale politycznie konsekwentnej, człowiek ten nie był zdolny10.  Szczególnym dla Diabła momentem jest jego ucieczka spod Janowca, a szczególnie jego drwiny z pozostawionych na lewym brzegu Wisły towarzyszy, tak więc samego Zebrzydowskiego czy Janusza Radziwiłła. Mam wrażenie, że opinia ta jest konsekwencją opisu  Maskiewicza. Ten jednak nie pisze, że Stadnicki kpił ze swoich towarzyszy, lecz, że kpił z tego… Z tego, … a więc może z ugody, jaką rokoszanie zmuszeni zostali zawrzeć z Zygmuntem III. Był to kompromis, do którego Zebrzydowski z Radziwiłłem zostali zmuszeni, a o czym przebywający na drugim brzegu Wisły Stadnicki mógł nie wiedzieć. To naigrywanie się mogło dotyczyć i determinacji rokoszan, którzy przy pierwszy spotkaniu na polu bitwy, a nie na placu obrad, po prostu w oczach Stadnickiego wymiękli. Jego odwrót na teren województwa ruskiego był jak najbardziej uzasadniony. Przecież pozostając w polu działania wojsk królewskich, pisał na siebie wyrok, jak mu się wydawało, … śmierci. Tu pod Janowcem nie przysięgał królowi dosłownie nic, w żadnych rozmowach nie uczestniczył, a to przecież on najbardziej zalazł  królowi za skórę, to on w obrazie królewskiego majestatu poszedł tak daleko jak nikt inny dotąd! To przecież on wyzwał Zygmunta III od krzywoprzysiężców i Sodomczyków!  Wypominał władcy wszystko, że w piłkę gra, że się zajmuje alchemią, że wymyśla piece (przytyk do wspierania przez władcę produkcji metalurgicznej), że mieszka w seraju i tam syna ćwiczy, że żyje w sodomskicm grzechu ( o ile jeszcze kwestia kaziroctwa mogła się jakoś tłumaczyć, wszak Konstancja, druga żona Zygmunta III była siostrą jego pierwszej żony Anny11, o tyle posądzanie króla o sodomię, czyli pederastię było już po prostu czystym chamstwem, którego jak wiadomo Diabłowi nie brakowało.  Pozostawanie więc  samotne na terenach zdominowanych przez wojska królewskie, w momencie gdy główne filary rokoszu skłoniły się do ugody z królem, świadczyłoby raczej o jego głupocie i utracie instynktu samozachowawczego a tych  Diabłowi zarzucać raczej nie powinniśmy. Powrót Diabła na teren Rusi Czerwonej  był więc wskazany, tym bardziej że mógł zadbać o pomoc ze strony Gabriela Batorego. Inną pozostaje kwestią, że chaos wywołany rokoszem wstrząsnął i tak bardzo delikatną konstrukcją wymiaru sprawiedliwości Rzeczypospolitej. Sytuacja taka sprzyjała Stadnickiemu, który potrzebując środków na utrzymanie prywatnej armii w zaistniałej sytuacji szukał dochodów w grabieżach. Zresztą fortuna, jaką zdobył na Korniaktach, pokazała mu, że proceder ten jest ze wszech miar opłacalny. Jak chcesz uderzyć, kij zawsze się znajdzie. Stadnicki nie potrzebował długo szukać, miał i kija i ofiarę.  A ofiara była z górnej półki magnackich rodów Rzeczypospolitej. Łukasz Opaliński , wierny królowi, żarliwy katolik i pyszny magnat, z łaski królewskiej starosta leżajski, a dzięki dobrom swojej małżonki Anny Leliwitki Pileckiej, wdowie po dwóch Kostkach, Janie staroście kościerzyńskim, i Krzysztofie kasztelanie bieckim , sąsiad Diabła Stadnickiego. O co poszło w zatargu pomiędzy Łukaszem Opalińskim, a Stanisławem Stadnickim, nie czas i miejsce tutaj dochodzić , stwierdzić jednak należy, że konflikt ten zneutralizował Diabła w okresie rokoszu. Mimo prób pogodzenia podejmowanych i przez referendarza koronnego Świętosławskiego, i marszałka nadwornego Wolskiego, podczaszego lwowskiego Leśniowskiego, czy wreszcie wojewodę poznańskiego Ostroroga, konflikt zamienił się w największą w historii Rzeczypospolitej wojnę prywatną. Stadnicki prowokował, najeżdżał wsie Opalińskiego, a apogeum tych zajazdów przypadło na rok 1607. Tak więc zabrakło Stadnickiego i jego wojsk prywatnych w głównym starciu zbrojnym rokoszu, 5 lipca w bitwie pod Guzowem. Za to prywatna wojna zaczęła zataczać, coraz to szersze kręgi. Stadnicki napadł i złupił Łąkę, przepiękną rezydencję Opalińskich, z kolei Opaliński uderzył na Łańcut. W kwietniu 1608 r. zadał Diabeł klęskę Opalińskiemu pod Łukowem, ten z kolei  pobił go w polu opodal Łańcuta i zdobył Łańcut, ograbiając Diabła ze szczętem. Wydawało się, że jest to ostateczne zwycięstwo Opalińskiego. Nic z tych rzeczy. Po zdobyciu Łańcuta powszechnie wtedy mówiono, że Opalinius Diabolum vicerit, infernum exuserit – Opaliński diabła pobił i piekło spalił.  Piekło, jakie teraz na terenie ziemi przemyskiej rozpętał Diabeł, nie miało sobie równych w jej dziejach. Diabeł napadł na Piotraszówkę (obecnie Boguchwała), Sędziszów, Sokołów, Tyczyn, Łukawiec, Zabierzów, Trzebowiska, Zaczernie, Palikówkę, Wysoką, Chmielnik, …  . Złupił i spalił włości 36 dzierżawców Opalińskiego, sprofanował 10 kościołów, zabił 150 ludzi. Wykazywał się przy tym niesamowitą bezczelnością i sprytem. Znając powolność wymiaru sprawiedliwości Rzeczypospolitej, wszędzie gdziekolwiek dopuścił się jakiegoś przestępstwa, natychmiast pisał  pozwy, twierdząc, że to on został napadnięty, i musiał się bronić. Horror ten trwał do 1610 r., kiedy szczęście opuściło Diabła i w dosyć przypadkowy sposób w Tarnawie koło Chyrowa został zabity. Znalazł się tam zresztą, oczekując przybycia całego legionu najemników z Siedmiogrodu od Gabriela Batorego. Z pewnością chciał przy ich użyciu zakończyć swoje porachunki z Opalińskim, ale czy tylko o to chodziło?

Trzecim filarem rokoszu Zebrzydowskiego był Jan Szczęsny Herburt  postać nietuzinkowa, której rola w rokoszu Zebrzydowskiego również jest nie do przecenienia. Ten następny syn ziemi przemyskiej odegrał w rokoszu rolę o wiele bardziej istotną aniżeli Diabeł Stadnicki. Poniósł też stosowną do swego udziału karę, która przyczyniła się pośrednio do upadku rodu Herburtów, o czym  pisałem już na łamach Naszego Przemyśla w 2005 w artykule „Fenomen Herburtów” r., tak więc pozostawiamy ten wątek, chociaż jest on niezwykle ciekawy, i w kontekście rokoszu Zebrzydowskiego w sumie deklasuje nawet postać Diabła Stadnickiego. 

 

 

1 Akta Grodzkie i Ziemskie, t. XX. Lauda sejmikowe, t. I. Lauda wiszeńskie 1572 – 1648, oprac. A. Prochaska, Lwów 1909, s. 119-120.

2 W. Łoziński, Prawem i lewem, t. I, Kraków 1960, s. 56-57.

3 Adam Stadnicki ze Żmigrodu-starosta stryjski, Stanisław Stadnicki ze Żmigrodu kasztelan przemyski, Stanisław Wapowski, Jerzy Dzieduszycki kasztelan lubaczowski, Remian Orzechowski sędzia ziemski przemyski, Andrzej Bierecki podsędek ziemski przemyski, Jan Świętosławski, Jakub Orzechowski podstoli przemyski, Jan ze Żmigrodu Stadnicki, Wojciech Herburt z Felsztyna, Jan Krasicki z Sieczyna, Remian Wojakowski z Wojakowej, Prokop Pieniążek z Kruzlowej, M. Kirzyński, Marcin Bilina z Leszczyn, Wojciech Boguski, Olbrecht Grochowski, Wacław Grochowski, Leonart Karwowski, Krzysztof Boratyński z Boratyna, Andrzej Zamojski, Konstanty Zamojski, Mikołaj Witkowski, Stanisław Brzuski, Stanisław Dersniak, Jan Uliński
z Uliny, Krzysztof Piasecki, Jan Żukowski, Jan Rosocki, Mikołaj Magnuszowski, Stanisław Budek, Wojciech Skalski, Jakub Brzoski, Andrzej Fredro z Pleszowic, Jerzy Stano.

4 A. Sokołowski, Jan Szczęsny Herburt, pierwszy wydawca Kroniki Długoszowej, Biblioteka Warszawska, t. III, Warszawa 1883, s. 27-28.

5 A. Prochaska, Województwo ruskie wobec rokoszu Zebrzydowskiego, Przewodnik Naukowy
i Literacki, R. XXXVI, Lwów 1908.

6 W. Łoziński, Prawem i lewem, t. I-II, Kraków 1960.

7  J. Komuda, Pijanice i warchoły, Lublin 2003.

8 Pamiętniki Samuela Maskiewicza początek swój biorą od roku 1594 w lata po sobie idące, oprac. J. Zakrzewski, Wilno 1838, s. 6.

9 H. Wisner, Rokosz Zebrzydowskiego, Kraków 1989, s. 49.

10 W. Łoziński, dz. cyt., s. 253.

11 Sprawę tę rozdmuchał jeszcze Jan Zamojski, który jako zagorzały wróg Habsburgów nie chciał dopuścić do tego związku i imał się wszelkich możliwych sposobów, aby go zdyskredytować. Głos kanclerza Zamojskiego na sejmie w 1605 r. jest zupełnie zdumiewający: Zamysł W.K.M. żenienia się z siostrą nieboszczki śp. królowej polski  wcale mi się nie zda.  Przez ożenienie dom rakuski poujarzmiał królestw tyle; nadto jest to obrzydliwe, zakazane od Boga, a wiesz w.k.m. , że Pan Bóg za grzechy królów zwykł lud wszystek karać. Z miejsca więc mego i sumieniem senatorskim nie pozwalam na to i przeczę. Skąd jednak kanclerz miał wiedzę, ze Bóg zakazał żenić się z siostrą zmarłej?  J. Besala, Najsłynniejsze miłości królów polskich, Warszawa 2009, s. 170. Biorąc pod uwagę fakt, że i dla Stadnickiego Jan Zamojski był autorytetem, późniejsze opinie Diabła na temat króla wcale nie wydają się być tak odległe od oficjalnie głoszonych przez największych mężów stanu tej epoki.

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 05-05-2020 15:36