22 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Legenda o św. Jacku i cudownej figurze Matki Boskiej cz. 3

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, sierpień 2011 (Nr 83)

Gromadka wędrowców w milczeniu przyglądała się oddalającym się wojownikom Batu-Chana. Słowa bojara Michała wprowadziły zamęt i strach w ich umysłach. Po wielu dniach podróży, lęku o własne życie ruski rycerz odebrał im wiarę w możliwość  ucieczki od straszliwych Mongołów.

Również ojciec Jacek po raz pierwszy zwątpił. W skrytości własnych myśli rozważał:

- Mój Boże, ja i moi bracia przez tyle dni i nocy wędrujemy przez biedną, skrwawioną ruską ziemię. Jesteśmy głodni i wyczerpani. Przed chwilą omal nie zginąłem od ciosu mieczem. Lecz najgorsze jest to, że tym, który ten miecz dzierżył nie był mongolski wojownik, lecz chrześcijanin -ruski bojar. Żyję tylko dlatego, że stary pogański wódz miał takie życzenie.

Dominikanin popatrzył na szare, zmęczone twarze wędrowców. Wszyscy wpatrywali się w niego, oczekując słów, które przywróciłyby im wiarę, dodały trochę otuchy. Jacek zrozumiał, że tylko od niego zależy ich życie i przyszły los. Nikt z obecnych nie mógł jemu pomóc, dodać sił i odwagi.

Stali tak przez dłuższą chwilę na opustoszałym majdanie bezludnej wioski. Zbici w ciasną ciżbę oczekiwali na decyzję ich przewodnika  -ojca Jacka. Przecież on zawsze wiedział, co trzeba uczynić, a on wciąż milczał. Po dłuższej chwili dominikanin odezwał się:

- Ten bojar chciał napełnić nasze serca uczuciem strachu i zwątpienia. Lecz, kiedy spojrzałem ponownie na wyobrażenie naszej Pani, zrozumiałem, że musimy iść dalej. Matka Boża nas poprowadzi. Udało się nam uciec z płonącego Kijowa, dojść tak daleko. Nawet Mongołowie muszą słuchać woli Bożej. Najlepszym dowodem na istnienie Bożej Opatrzności jesteśmy my, bracia.

Następnie ojciec Jacek nakazał przeszukać opuszczone chaty i zebrać żywność pozostawioną przez wieśniaków. Wprawdzie nieszczęśni ruscy chłopi, uciekając przed Mongołami, starali się zapewne zabrać jak najwięcej zapasów, lecz strach przed straszliwymi najeźdźcami spowodował, iż w niektórych chatach zostało nieco żywności.

Po krótkiej modlitwie dominikanie wraz pozostałymi uciekinierami wyruszyli w dalszą drogę w nieznane. Tym razem jednak, zgodnie z radą starego wodza mongolskiego, szli wąskim gościńcem. Pod wieczór, gdy zmęczeni postanowili znaleźć dogodne miejsce na nocleg, ujrzeli na ciemnym, nocnym niebie łuny pożarów. Ku ich przerażeniu krwawa, ognista poświata rozjaśniała niebo od zachodu. Wędrowców ogarnęło przerażenie, przecież ich droga wiodła w kierunku upragnionego zachodu. Właśnie tam leżały bezpieczne ziemie polskiego księcia Henryka II zwanego Pobożnym.

Ojciec Jacek, pomny słów Mongoła, postanowił rozbić obozowisko nieopodal drogi. Czuł, że powinien zaufać staremu wodzowi. Jeśli dotychczas las stanowił dla nich bezpieczne schronienie, teraz ciemna ściana boru jawiła się dominikaninowi jako miejsce niebezpieczne. Gdy już mieli zatrzymać się, jeden z młodych pachołków, towarzyszących kupcom, z Małopolski krzyknął, że widzi światła jakiejś osady. Jacek wciąż dźwigający figurę Matki Bożej po chwili sam ujrzał migoczące w oddali światła. Jak sądził, były to widoczne z oddali ogniska mongolskiego obozowiska. Nakazał zatrzymać się wszystkim, aby mogli wspólnie naradzić się, co czynić dalej. Część z wędrowców chciała zostać na noc z dala od widocznych w oddali świateł.

Jeden z zakonników zwrócił się do ojca Jacka: - Ojcze, wysłuchaj mej rady. Rozbijmy obóz tu, w tym miejscu. Tam zapewne są Mongołowie. Widzieliśmy już wystarczająco wiele strasznych dowodów ich okrucieństwa, aby pchać się dobrowolnie w ich ręce. Tutaj możemy bezpiecznie przeczekać do świtu. Potem lasem ominiemy ich obóz. Wystarczy, że nie zapalimy sami ognisk. Ciemność jest naszym sprzymierzeńcem.

Obok ojca Jacka stał kupiec Hanus z Krakowa, który przez wiele lat podróżował z wyprawami kupieckimi do Kijowa. Miał on również własne składy  z towarami w Przemyślu i Haliczu. Podczas swych kupieckich wypraw przeżył wiele niebezpiecznych przygód. Powiadano, że bywał jeszcze dalej na wschodzie, skąd sprowadzał przyprawy korzenne na dwór książąt krakowskich. Słuchał on uważnie słów zakonnika. Potem podniósł rękę na znak, że chce przemówić:

- Nie gniewaj się bracie Iwonie, lecz nie masz racji. Jestem wam, a zwłaszcza wielebnemu ojcu Jackowi, bardzo wdzięczny za umożliwienie mnie i innym ucieczki z Kijowa. Jednak muszę sprzeciwić się twoim słowom. Bywałem na wschodzie  i wiem od kupców z krajów, gdzie Mongołowie rządzą, że słowo ich chana jest dla nich święte. Dla tych, którzy ośmielą się złamać rozkaz wodza nie ma litości. Jak Mongołowie potrafią być okrutni, widzieliśmy wszyscy w Kijowie. Lecz ojciec Jacek ma glejt samego Batu-Chana. nikt nie odważy się nas tknąć. Ponadto chroni nas cudowna figura.

Hanus nagle zamilkł, ponieważ  w ciemnościach nocy, tuż obok jego głowy przeleciała strzała. Z impetem wbiła się w pobliski konar drzewa. Wszyscy zamarli z przerażenia, kolejna strzała utknęła nieopodal samego ojca Jacka.

Przerażeni wędrowcy byli pewni, że za moment przyjdzie im zginąć. Wszyscy zgromadzili się wokół swego przewodnika. Ojciec Jacek stał jednak niewzruszony, trzymając mocno figurę Matki Bożej. Zakonnicy i pozostali podróżnicy czekali w napięciu na ostateczny atak wroga czającego się gdzieś w ciemnościach nocy. Rozległ się tętent koni, krzyki ludzi i nagle droga zaroiła się Mongołami na koniach.

Jeden z młodszych zakonników, przerażony widokiem Mongołów, z których wielu wciąż trzymało napięte łuki z założonymi na cięciwach strzałami, zaczął uciekać w stronę lasu. Jeden z Tatarów spokojnie uniósł łuk i chwilę później biedny dominikanin padł na zaśnieżone pole, trafiony tatarską strzałą. Gdy inny zakonnik chciał pobiec do leżącego współtowarzysza, Jacek krzyknął:

- Zostań! Niech nikt nie robi żadnych gwałtownych ruchów. Bracie Klemensie, stań obok mnie i trzymaj glejt tak, aby był widoczny.

W stronę wystraszonych uciekinierów z Kijowa, skupionych wokół ojca Jacka dzierżącego figurę Matki Bożej, zbliżało się, a raczej biegło kilku chłopów ściganych przez Mongołów. Nagle jeden  z Rusinów odwrócił się w stronę swoich prześladowców i gdy gotował się do strzału z prymitywnej procy w stronę wroga, rozległ się śmiercionośny świst. Biedny człowiek padł przeszyty kolejną mongolską strzałą. Pozostali chłopi, widząc śmierć jednego z nich, zatrzymali się i zbili się w gromadę. Mongołowie jednak zamiast ich pozabijać sprawnymi rzutami  grubych sznurów zakończonych pętlami skrępowali swoje ofiary. Zarówno wędrowcy, jak i sami chłopi byli zaskoczeni skutecznością tatarskich sznurów zwanych arkanami.

Cała scena rozegrała się na oczach pielgrzymów. Po raz pierwszy od wielu dni ponownie byli świadkami okrutnych, wojennych scen. Sparaliżowani strachem zaczęli się głośno modlić. Wszyscy byli pewni, że za chwilę zginą pod gradem strzał i ciosami krzywych, mongolskich szabel. Kilku wojowników podjechało do Jacka i jego towarzyszy. Uważnie przypatrywali się glejtowi, który brat Klemens umocował wcześniej na pielgrzymim kiju. Teraz trzymał go wysoko w górze, niczym tatarski buńczuk. Nagle, jadący na przedzie wojownik wyrwał z rąk Klemensa kostur z glejtem i podał go innemu Tatarowi. Po jakimś czasie powtórzyła się scena z poprzedniego spotkania. Mongoł zsiadł z konia, oddał glejt Klemensowi, podszedł do Jacka. Spojrzał na figurę Matki Boskiej. Potem wskazał na leżącego bez ducha na śniegu trafionego tatarską strzałą zakonnika, szarpnął za rękaw jednego z wędrowców i ponownie wskazał na leżącego mnicha. Ojciec Jacek zrozumiał, że Mongoł każe podejść do trafionego strzałą biednego zakonnika.

Zwrócił się do brata Bernarda: - Bracie, podejdź powoli do naszego, biednego współtowarzysza. Zdaje się, że jest on  jeszcze żyw. Przed chwilą słyszałem jęki rannego. Nie wiem, czy był to głos tego biednego Rusina, czy też to nasz brat wołał o pomoc. Myślę, że ów Mongoł sam pragnie, aby ktoś z naszych podszedł do rannego.

Po chwili rozległ się w ciemnościach głos Bernarda: - Ojcze Jacku, widocznie Najświętsza Panienka wciąż czuwa nad nami. Jest szansa, że nasz młodzik będzie żyć. Stracił dużo krwi, lecz na szczęście strzała nie uszkodziła serca.

Jakiś czas później do mongolskiego obozu wkroczył dziwny orszak. Na przedzie jechało kilku mongolskich wojowników. Jeden z koni ciągnął prowizoryczne nosze, na których leżał nieprzytomny dominikański zakonnik. Obok niego szedł brat Bernard. Za nimi podążali uciekinierzy z Kijowa na czele z ojcem Jackiem trzymającym cudowną figurę. Kolumnę zamykali schwytani ruscy chłopi, obok nich jechali pozostali Mongołowie.

 Po przybyciu na miejsce wędrowców pozostawiono wolnych, zaś biednych Rusinów uwięziono, zakuwając ich w dyby. Okazało się, że w obozie przebywali też ruscy bojarzy wraz ze swoimi drużynami. Zakonnicy dowiedzieli się od nich, że  w tym czasie, kiedy oni wędrowali z dala od traktów i ludzkich siedzib wojska Batu-Chana opanowały większość ruskich księstw. Kolejni ruscy kniaziowie, chcąc uchronić ludność od srogiej zemsty,  złożyli hołd nowym, mongolskim władcom Rusi. Wielu książąt i bojarów zginęło  w bohaterskiej walce z okrutnym najeźdźcą. Ojca Jacka najbardziej zasmuciła wieść, że kilka dni temu padł Halicz. Wielu mieszkańców zginęło bądź zostało wziętych w jasyr. Ziemia ruska tonęła w krwi tysięcy wymordowanych mieszkańców.

Zgodnie z rozkazami mongolskiego wodza, spotkanego wcześniej w opuszczonej osadzie, zakonnicy i ich współtowarzysze mogli wolno ruszyć dalej. Jacek wciąż miał nadzieję, że uda dotrzeć się im do ziem polskich. Na szczęście jeden  z bojarów zapewnił ich, że stary, przemyski gród jest wciąż wolny. Dodał również, żeby nie ufali Mongołom. On i jego ludzie mogą pójść z nimi do Przemyśla. Co prawda, kazano mu służyć Tatarom, lecz jego powinnością jest bronić ziemi  i chrześcijańskiej wiary.

najazd tatarski

Po kilku dniach Jacek postanowił poprosić dowódcę Mongołów o pozwolenie wyruszenia w dalszą drogę  w towarzystwie zbrojnej eskorty. Poszedł do namiotu i za pośrednictwem ormiańskiego kupca, który służył u Mongołów jako tłumacz, zwrócił się do niego z prośbą:

- Szlachetny Panie, znając mądrość  i odwagę wojowników wielkiego chana proszę, abyś zgodził się pozwolić mnie  i moim towarzyszom udać się w dalszą drogę. Nawet wielki Batu –Chan rozumie, że musimy iść dalej. Wiedząc, że trwa wojna, proszę również o zbrojnych, by mogli nas strzec przed niebezpieczeństwem.

Mongoł w milczeniu wysłuchał słów zakonnika, następnie skinieniem głowy przywołał swego sługę i coś szepnął mu do ucha. Sługa wysłuchał słów wodza  i powiedział do ojca Jacka:

- Mój waleczny Pan, szlachetny Czagataj, łaskawie pozwala tobie, szamanie kamiennej kobiety, iść dokąd tylko chcesz. Kazał również powiedzieć, że  i tak niebawem wszystkie ruskie ziemie będą we władaniu synów nieba. Zgadza się również na zbrojnych, lecz da wam również swoich ludzi.

Ojciec Jacek podziękował Mongołowi i wyszedł z namiotu. Po obwieszczeniu wieści o zgodzie na opuszczenie obozu wędrowcy zaczęli szykować do podróży, zwłaszcza, że stan zdrowia rannego zakonnika imieniem Wojciech znacznie się poprawił.

Rankiem następnego dnia uciekinierzy z Kijowa wyruszyli w drogę w kierunku Lwowa i Przemyśla. Po drodze mijali spalone wsie, setki mogił. Ze strachem i przerażeniem mijali miejsca potyczek  i walk na polach, na których wciąż leżały ciała poległych, ruskich rycerzy.

Pewnego dnia mongolscy wojownicy zatrzymali się. Jeden z jeźdźców łamanym ruskim językiem oznajmił, że on i jego ludzie dalej nie pojadą. Jacek zrozumiał, że dotarli wreszcie do miejsca, gdzie Mongołowie jeszcze nie dotarli. Wraz z Mongołami odjechali również ruscy woje. Wędrowcy, chcąc jak najszybciej znaleźć na ziemiach wolnych od Mongołów, ruszyli w dalszą drogę. Pod wieczór ku ich przerażeniu usłyszeli tętent koni. Od wschodu zbliżał się do nich zbrojny oddział. Gdy zbrojni zbliżyli się do Jacka i towarzyszy, brat Klemens krzyknął z radością, że to ten sam ruski oddział, który towarzyszył im od mongolskiego obozu.

 Gdy Rusini zbliżyli się do Jacka, zapytał się, dlaczego postanowili wrócić i gdzie są Mongołowie. Bojar odpowiedział, że nie będzie służył Mongołom. Powinnością każdego prawosławnego Rusina jest walczyć ze sługami tego diabła Batu-Chana. Zapytany raz jeszcze, że gdzie mongolscy wojownicy, uśmiechnął się tajemniczo  i odpowiedział:

- Oni już nigdy nie podniosą ręki na chrześcijanina. Ty ojcze, lepiej pomódl  się za ich pogańskie dusze.

Nazajutrz oczom wędrowców ukazał się widok grodu na wysokiej górze -Lwowa. Był to wówczas jeszcze dość niewielki gród. Czasy świetności miały dopiero nadejść. Z osady pod grodem w ich kierunku wyruszyło kilku zbrojnych. Po krótkiej rozmowie dołączyli oni do wędrowców i wspólnie wjechali pomiędzy chaty na podgrodziu. Oprócz miejscowej ludności przebywało tutaj wielu uchodźców  z terenów podbitych przez Mongołów. W grodzie, jak się okazało, przebywało kilku dominikańskich mnichów. Widząc ojca Jacka Odrowąża, bardzo się ucieszyli. Jak się okazało, wieść o zakonnikach – wędrowcach i cudownej figurze rozniosła się po całej Rusi. Przed niewielką kaplicą, gdzie Jacek umieścił na czas swojego krótkiego odpoczynku we Lwowie cudowną figurę, gromadziło się codziennie mrowie wiernych, zarówno prawosławnych  i mniej licznych katolików.

Ojciec Jacek ku strapieniu swoich współbraci ze Lwowa, oznajmił, że wyrusza w dalszą drogę do Przemyśla, a potem Krakowa. Radziłby również, aby inni udali się wraz z nim.

Rankiem w niedzielę dominikanie wyruszyli do starego, niegdyś stołecznego Przemyśla. Opuścili oni bramę grodu żegnani biciem dzwonów w grodowej cerkwi i skromnej katolickiej świątyni. Na czele szedł ponownie sam ojciec Jacek Odrowąż, niosąc figurę Matki Bożej, wraz z nim szli pozostali zakonnicy. Kilka dni później wędrowcy ujrzeli wzgórza, na jednym z nich książęcy gród w Przemyślu. Wędrowców  i świętą figurę witali wszyscy mieszkańcy grodu, Rusini, Polacy, niemieccy i węgierscy kupcy. Przy świetle zachodzącego zimowego słońca ojciec Jacek Odrowąż wnosił do starego kilkusetletniego Przemyśla figurę cudownej Matki Boskiej.

KONIEC

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 16-04-2020 15:37