7 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Legenda o św. Jacku i cudownej figurze Matki Boskiej

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, czerwiec 2011 (Nr 81)

W grudniowe popołudnie roku pańskiego 1240 piękna i niegdyś potężna stolica Rusi Kijowskiej płonęła. Pomimo bohaterskiej obrony wojska mongolskie zdobyły już i spaliły osady tuż pod murami Kijowa. Choć jeszcze trwały walki i ruscy rycerze zwani tutaj bojarami toczyli boje z wrogiem, broniąc dostępu do wnętrza, losy grodu były już przesądzone. Podobnie jak inne ruskie grody pradawna stolica Rusi Kijów, jedno z największych wówczas miast europejskich, wkrótce zostanie zdobyta przez Tatarów.

Na ulicach Kijowa zabudowanych głównie przez drewniane domy i dwory szalały pożary. We wszystkich świątyniach prawosławnych duchowni zanosili modły do Boga o ratunek i ocalenie. Również w małym katolickim kościele przy klasztorze Ojców Dominikanów mnich w białym habicie, klęcząc przed ołtarzem, modlił się. Wraz z nim w kościele podczas nabożeństwa znajdowało się kilku innych zakonników oraz nieliczni katolicy, głównie kupcy z Polski i innych krajów. Na twarzy mnicha, którego obłóczył na zakonnika sam św. Dominik, widać było troskę i smutek. Jego dzieło lada moment zostanie obrócone w gruzy za sprawą mongolskich wojowników i ich wodza Batu-Chana.

Mongolski wojownik na koniu, źródło: www.wayofwar

Nagle z zadumy nad losem bogatego i potężnego Kijowa wyrwał zakonnika krzyk młodego dominikanina, który wbiegł do świątyni i nie bacząc, że ojciec Jacek odprawia mszę świętą, krzyczał:

- Ojcze, uciekajmy z Kijowa, już po nas!

Ojciec Jacek wstał z klęczek, złapał za ramiona zdenerwowanego mnicha i spokojnym głosem rzekł:

-Bracie Klemensie, uspokój się i zważaj na to, że znajdujesz się w domu naszego Pana!.

Kiedy brat Klemens opanował się, ojciec Jacek rzekł do niego: -Teraz powiedz po kolei, co się stało? Dlaczego mamy już uciekać?

- Wielebny ojcze, wybacz mi moje zachowanie, lecz być może jeszcze dziś przed zachodem słońca Tatarzy zdobędą bramy i sam gród. Nasi ledwo już bronią Lackich Wrót, którymi Tatarzy niczym diabły wtargną do Kijowa. Wojewoda Dymitr kazał już bojarom i całemu wojsku przygotować obronę w grodzie kniazia Włodzimierza. Ludzie chronią się w cerkwiach, tysiące mieszczan szuka schronienia w Peczerskiej Ławrze i innych klasztorach.

Ojciec Jacek z uwagą wysłuchał słów młodego zakonnika. Zrozumiał, że jeśli natychmiast nie opuści wraz z braćmi murów klasztoru i Kijowa jemu oraz innym zakonnikom grozi niechybna śmierć z rąk mongolskich najeźdźców.

Była to dla niego trudna i bolesna decyzja. Przecież z taką radością i dumą w sercu pięć lat wcześniej przybył z Krakowa i za zgodą kolejnych władców Rusi Kijowskiej zbudował klasztor i kościół Ojców Dominikanów w starym grodzie nad Dnieprem. Pomimo początkowej nieufności prawosławnych biskupów i ruskiego rycerstwa on dominikanin - potomek polskiego rycerskiego rodu Odrowążów, założyciel wielu klasztorów swą mądrością i poszanowaniem dla chrześcijańskiej wiary prawosławnej zdobył ich życzliwość. Do jego klasztoru przybywało wielu katolickich kupców, rycerzy i innych przybyszów z całej Europy. Przybywali oni do Kijowa, gdzie krzyżowały się szlaki handlowe z dalekiej Azji, Europy Zachodniej, cesarstwa bizantyjskiego i krajów, o których w Polsce zwykły człowiek nigdy nie słyszał. W zaciszu klasztoru dominikańskiego mogli nie tylko znaleźć nocleg, lecz również zapomnieć o obcym świecie i tłumach na ulicach Kijowa oraz porozmawiać z ojcem Jackiem w swoich ojczystych językach, gdyż przeor, studiując za młodu w Paryżu i Padwie, a później, gdy zakładał klasztory białych zakonników w wielu krajach, nauczył się mowy Francuzów, Niemców i Włochów. Będąc Polakiem, czyli Słowianinem i przebywając już kilka lat na Rusi, poznał także język i pismo jej mieszkańców.

Kijów w wieku XI w., źródło: www.ukrmap.kiev.ua

Teraz ojciec Jacek Odrowąż, stojąc  na środku kościoła, czuł, że musi kazać tym wszystkim zakonnikom i ludziom opuścić klasztor i płonące miasto, i uciekać na zachód do Polski. Czuł na sobie spojrzenie dziesiątek oczu ludzi, którzy w nim, ich mądrym i dobrym ojcu Jacku widzieli ratunek i ocalenie. Po raz pierwszy od lat dominikanin musiał podjąć decyzję nie o stworzeniu wspólnoty zakonnej w nowym miejscu, lecz o jej opuszczeniu i pozostawieniu na pastwę losu. Kiedy tak stał w ornacie przed głównym ołtarzem świątyni i rozważał swoją trudną i bolesną decyzję, do wnętrza zaczęli przybywać kolejni ludzie. Na ich twarzach malowało się przerażenie i ból, wiele osób było rannych. Przekrzykując się nawzajem, opowiadali o szalejących pożarach i zniszczeniach spowodowanych płonącymi pociskami wystrzeliwanymi przez Tatarów, o tysiącach mieszkańców Kijowa pogrzebanych  żywcem w zgliszczach domów i płonących cerkwi. Ci, którzy wcześniej schronili się w stołecznym grodzie zaczęli opowiadać o spalonych i zrównanych z ziemią osadach i grodach ruskich wcześniej zdobytych przez mongolskich najeźdźców, których w Europie zwano Tatarami.

Słysząc te wszystkie straszne wieści, przeor Jacek kazał swojej nielicznej gromadce mnichów przygotować zapasy żywności na drogę, a także zaopatrzyć innych, którzy zdecydują się opuścić oblężone i płonące miasto. Sam pozostał w kościele, podszedł do ołtarza, na którym stała monstrancja z Najświętszym Sakramentem, zawinął ją w płótno i kiedy chciał spojrzeć, być może po raz ostatni na wnętrze kościoła usłyszał  kobiecy, nieziemski głos:

- Jacku, dlaczego to czynisz?

Zdumiony i zaskoczony zakonnik nie zastanawiając się, kto wypowiedział pytanie, które było jednocześnie oskarżeniem w myślach sam siebie zapytał:

- Ale co ja uczyniłem? I kim jesteś?

Wówczas ten sam głos powtórnie rozległ się w kościele:

- Jacku, dlaczego to czynisz? Zabierasz mego syna, a mnie chcesz opuścić i pozostawić na niechybną zgubę?

Zdumiony zakonnik odwrócił się w stronę bocznego ołtarza, gdzie na podwyższeniu stała alabastrowa figura Matki Boskiej trzymającej małego Jezusa. Zrozumiał, że Najświętsza Panienka święta Maryja przemówiła do niego, zwykłego mnicha dominikańskiego. Jacek drżąc z przejęcia, uklęknął przed figurą i wyszeptał:

- Matko Boża, wybacz, że nie pomyślałem o Tobie, lecz jakże ja słaby zakonnik mam Cię ponieść w daleką i niebezpieczną podróż?

- Jacku weź tę figurę z wyobrażeniem moim i mego Syna i nie lękaj się. Sił masz dosyć, aby zanieść mnie w bezpieczne miejsce. Nie musisz się również obawiać o swoich współbraci, będę czuwała nad Wami.

01.	Cudowna alabastrowa figura Matki Boskiej, która według legendy miała być przywieziona do Przemyśla przez św. Jacka Odrowąża, fot. A. Pinkowicz

Jakiś wewnętrzny głos mówił, że powinien natychmiast podejść do figury Matki Boskiej i zgodnie z wolą tajemniczego i cudownego głosu  wynieść ją ze świątyni. Kiedy mnich przygotowany, że jego słabe ramiona, nieprzywykłe do dźwigania ciężarów, będą musiały unieść sporych rozmiarów kamienną figurę podniósł ją w górę, ze zdziwieniem poczuł, iż jest ona lekka, jak gdyby były wykonana nie z alabastru, lecz z lekkiego drewna. Jacek zrozumiał, że to za sprawą samej Matki Bożej nie czuł ciężaru cudownej figury.

Trzymając w ramionach kamienne przedstawienie Maryi i jej Syna, któremu on syn rycerskiego rodu poświęcił swoje życie ojciec Jacek Odrowąż podszedł do swoich współbraci i niewielkiej grupy zwykłych ludzi, którzy jeszcze nie zdecydowali się opuścić kościoła i gromkim głosem powiedział:

- Bracia moi, kiedy ja, kierując się strachem, postanowiłem opuścić naszą świątynię, przemówiła do mnie Matka Boża, kazała mi zabrać z kościoła i uratować tę oto figurę z jej przedstawieniem.

Mówiąc to, podniósł w górę ciężką rzeźbę, wprawiając w zdumienie wszystkich zgromadzonych. Dały się słyszeć szepty pomiędzy zakonnikami. – Jakim cudem ojciec Jacek dźwiga tak ciężką figurę. Jeden z mnichów, który niegdyś pomagał przy ustawianiu figury Matki Bożej głośno zapytał ojca Jacka ze zdziwieniem w głosie

- Wielebny Ojcze, jakim cudem Ty sam podnosisz tak wysoko w górę rzeźbę, kiedy wcześniej trzeba było dwóch chłopa do jej dźwignięcia i czy to ta figura do Ciebie przemówiła?

Jacek uśmiechnął się i odpowiedział:

- Nie, to nie figura do mnie przemówiła bracie Konstantynie, lecz Matka Naszego Pana Jezusa Chrystusa i to ona daje mi dziwną, również dla mnie niepojętą siłę, abym mógł uratować jej  kamienne przedstawienie. Wiem też, że dzięki jej opiece uda się nam wyjść z tego nieszczęsnego miasta i uciec bezpiecznie przed Mongołami.

Ojciec Jacek odłożył na chwilę figurę, pobłogosławił zebranych i rzekł:

- A teraz przygotujmy się szybko do drogi i wyruszajmy, bo lada chwila gród zostanie zdobyty i będzie za późno. Zbierajmy się bracia moi!

św. Jacek Odrowąż (ur.1183 – zm. 1257)

Gdy słońce zachodziło purpurowym blaskiem nad oblężonym Kijowem i jego czerwony blask mieszał się na niebie z krwawą i równie czerwoną łuną pożarów przez jedną z furt w obwarowaniach miasta przechodziła niewielka grupa mnichów. Towarzyszyło jej kilka świeckich osób. Opuszczający Kijów nie mieli ze sobą ani wozów, ani też koni. Jedyny dobytek nieśli w niewielkich tobołkach na swych plecach. Na czele szedł mnich niosący Figurę Cudownej Panienki,  Stojący na warcie ruscy woje, widząc orszak, żegnali się, mówiąc między sobą:

- Biedni nieszczęśnicy, choć to innowiercy - katolicy, to jednak żal ich. Toć to chrześcijanie jako i my. Nie ujdą nawet jednej wiorsty, jak ich pogańscy synowie Piekieł, co do księżyca słońca modły wznoszą, dopadną i wszystkich zabiją.

Niestety mężni obrońcy Kijowa wiedzieli, o czym mówią. Nikomu dotąd nie udało się ujść z oblężonego miasta, chyba, że wcześniej złożył hołd Batu-Chanowi i był na jego posługach. Na Rusi nie brakowało i takich kniaziów i bojarów, którzy stali się poddanymi krwawego chana w bojaźni przed śmiercią swoją i swoich poddanych, bo kto sprzeciwił się woli chana skazywał siebie, rodzinę i poddanych na niechybną i okrutną śmierć, a ziemię i osady na zniszczenie.

Jacek, przekraczając furtę, też był pełen obaw, gdyż to właśnie on i jego zakonnicy wyruszali w nieznane, lecz wierzył, że Matka Boża pomoże im szczęśliwie dotrzeć na Ruś Czerwoną, gdzie, jak przypuszczał, znajdzie schronienie. Ojciec Jacek zmierzał do Halicza, gdzie wcześniej założył klasztor, a jeśli trzeba było uciekać dalej, to do Lwowa lub Przemyśla, gdzie miało przebywać kilku braci dominikanów. Tak przynajmniej sądził, gdyż od jednego z nich dostał właśnie z Przemyśla list niedługo przed mongolską nawałą. Sądził więc, że zakonnicy zostali w  przemyskim grodzie, myśląc, że być może ordy mongolskie nie dotrą nad brzegi Sanu.

Rozmyślania dominikanina, niosącego cudowną figurę, przerwały nagle okrzyki pełne przerażenia jego współtowarzyszy. Zamyślony zakonnik nie zauważył, jak zostali otoczeni przez oddział Mongołów. Siedzący na niewielkich kudłatych koniach skośnoocy wojownicy patrzyli wrogo na przerażonych wędrowców. Kilku z nich trzymało w rękach napięte, krótkie łuki z nałożonymi na cięciwę strzałami, których  haczykowate groty były wymierzone wprost w serca zakonników. Jeden z Mongołów, ubrany w kosztowną kolczugę i drogi, stożkowaty hełm podjechał do Ojca Jacka i nie zsiadając z konia, zaczął przyglądać się uważnie mnichowi oraz figurze niesionej przez niego. Łamanym ruskim językiem zwrócił się do mnicha:

- Padnij na kolana, ty chrześcijański robaku. Zanim połączysz się na zawsze ze swoim brodatym Bogiem, powiedz mi, gdzie z tą zgrają wybierasz się?

W tym samym czasie inny z Mongołów, chcąc odebrać Jackowi z rąk figurę Matki Bożej, wziąwszy ja na ręce, padł na ziemię pod jej ciężarem. Rozwścieczony dowódca Mongołów wrzasnął do niego:

- Ty głupi synu szakala, nie możesz podnieść tej figury, którą przed momentem dźwigał ten słaby człowiek?

- Panie! - jęczał przerażony Mongoł, powoli dźwigając się z powrotem na nogi.- Nie wiem, jakim cudem ten chrześcijański mnich niósł tę kamienną rzeźbę, lecz jest ona bardzo ciężka. Sam o dostojny sprawdź, a jeśli kłamię, każ mnie ściąć.

Mongolski dowódca oddziału podszedł do Jacka i próbował wziąć na ręce figurę. Przez krótką chwilę ją trzymał, lecz kiedy jego twarz stała się sina z wysiłku, poddał się i rzekł do Jacka:

- Nie wiem, jakich czarów używasz biały szamanie, lecz muszą one być potężne. – Wsiadł z powrotem na konia, przejechał wzdłuż zbitej gromadki mnichów, a widząc więcej osób ubranych w białe szaty i czarne szkaplerze, wrócił do ojca Jacka, słusznie biorąc go za przywódcę grupy i rzekł:

- Słuchaj, nie wiem, kim jesteś i kim są twoi ludzie, lecz wiem, że wielką moc posiadasz Ty i ta dziwna figura, którą dźwigasz. Nie macie również żadnych bogactw. Trzeba być albo szalonym lub wielkim czarownikiem, aby pchać się prosto w nasze ręce. Naszemu Wielkiemu Batu-Chanowi (oby niebiosa zawsze mu sprzyjały) potrzebna jest pomoc wszystkich bóstw, więc pozwolę wam jechać dalej. – Następnie Mongoł wyciągnął niewielką buławę zakończoną końskim włosiem, wręczył ją Jackowi i patrząc zakonnikowi prosto w oczy, powiedział:

- Możecie iść dalej, jeśli jakaś nasza straż was zatrzyma, to pokaż ten  glejt. Jest to znak samego chana. Kto go posiada, ten będzie bezpieczny.

Mongoł jeszcze raz przejechał wzdłuż orszaku wędrowców, potem krzyknął coś w swoim języku do innych wojowników i cały oddział odjechał, pozostawiając mnichów na pustym trakcie. W oddali słychać było odgłosy walki, krzyki i szczęk broni.

Po odjeździe mongolskiego oddziału Jacek przez chwilę wpatrywał się w glejt otrzymany przez Mongoła, uśmiechnął się a potem schował buławę do niewielkiej sakwy podróżnej. Zakonnik popatrzył na figurę Matki Boskiej, podniósł ją z ziemi i zwrócił się  do swoich współtowarzyszy: - Kochani bracia, czas ruszyć w drogę.

Grupa mnichów na czele z Jackiem wyruszyła w wędrówkę na zachód, zostawiając za sobą stary, dumny Kijów skąpany w purpurowym świetle pożarów.

cdn

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 10-04-2020 14:16