5 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

W CIENIU MILCZENIA Historia Stefanii Podgórskiej – bohaterki z ul. Tatarskiej

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, luty 2011 (Nr 77)

Podczas drugiej wojny światowej w Przemyślu miała miejsce historia, która mogłaby się stać kanwą przejmującej powieści bądź przeboju kinowego. W czasach, kiedy ludzkie życie nie miało żadnej wartości młoda dziewczyna postanowiła uratować trzynaście osób pochodzenia żydowskiego, w tym swego późniejszego ukochanego. Wiele lat później historia Stefanii Podgórskiej została rozsławiona w amerykańskim filmie „Hidden in Silence”.

W samym sercu okupowanego przez Niemców Przemyśla tuż obok jednej z głównych  arterii miasta, ul. Jagiellońskiej, wówczas noszącej miano Wiktoriastraße, znajdowały się „wrota” do przemyskiego Getta. Na samym środku wiaduktu kolejowego, zwanego Kamiennym Mostem hitlerowcy umieścili jedno z dwóch głównych wejść  do wydzielonej dzielnicy dla ludności żydowskiej, powstałej w wyniku zarządzenia niemieckiego komisarza miasta Gisselmanna w dniu 3 lipca 1942 r. Plakaty wydrukowane na niebieskich, czerwonych, czy  nawet różowych papierach ogłosiły mieszkańcom miasta powstanie osobnej dzielnicy dla przemyskich Żydów.

Scena uliczna w przemyskim Getcie, fot. ze zbiorów MNZP

Scena uliczna w przemyskim Getcie, fot. ze zbiorów MNZP

Na niewielkim obszarze stłoczono ponad dwadzieścia dwa tysiące ludzi, których jednym przeznaczeniem była śmierć. Tam, za bramą z dnia na dzień jednakowy, tragiczny los z czasem zrównywał naukowców, pisarzy, adwokatów lekarzy z prostymi rzemieślnikami i robotnikami.  W jednej kolejce po zupę z wody i ziemniaczanych łup stały nauczycielki i żony niegdyś ważnych adwokatów i kobiety z prostych rodzin. Każdy nowy dzień, nowy świt przynosił wieści o zastrzelonych, powieszonych, czy też zakatowanych najbliższych. Transporty śmierci wywoziły tysiące ludzi do obozów zagłady. Pozostawały po nich tylko porzucone walizki i niepotrzebne już nikomu przedmioty, które jeszcze kilka godzin temu były cenną pamiątką – nieme ślady po ojcach i matkach, którzy wraz z dziećmi, ich dziadkami i babkami zostali skreśleni z „listy żywych” przez niemieckich nazistów.

Pierwszą wywózkę Niemcy przeprowadzili 31 lipca 1942 roku. Wówczas jeszcze niektórzy wierzyli, że wywożeni jadą do pracy. Niestety z czasem do mieszkańców Getta dotarła okrutna prawda. Kolejne wywózki miały miejsce 3 sierpnia i 17 listopada. Osoby starsze, inwalidzi, chorzy i dzieci były rozstrzeliwane w podprzemyskich lasach (wzgórze Wapienica) oraz na cmentarzu żydowskim przy ul. Słowackiego. Większość  została zesłana i zamordowana w obozach zagłady w Bełżcu i Auschwitz-Birkenau (Oświęcim).

Mieszańcy przemyskiego Getta próbowali wyrwać się z „piekielnej” dzielnicy. Jedni próbowali zdobyć w „Judenracie” mieszczącym się w dawnej szkole Piramowicza przy ul. Kopernika pieczątki w kenkarcie świadczące o pracy dla Niemców, co miało ich uchronić przez wywózką i śmiercią. Inni przedostawali się na „drugą stronę”,  szukając schronienia u polskich  i ukraińskich mieszkańców Przemyśla i okolic. Wiele z tych osób, w ucieczce i zdobyciu „aryjskich” dokumentów znalazły pomoc w przemyskiej placówce Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Dzieci znajdowały schronienie w sierocińcach prowadzonych przez Kościół katolicki, zwłaszcza przez siostry zakonne.

Trzeba podkreślić, że za ukrywanie i udzielenie pomocy Żydom w okupowanej Polsce groziła kara śmierci. Również na ulicach Przemyśla ukazały się plakaty ostrzegające przed pomocą ludności żydowskiej. Takie obwieszczenia ukazały się między innymi w listopadzie 1942 r. podpisane przez  przemyskiego kreishauptmanna (starosty) Paula. Głosiły one między innymi: „… Każdy Polak lub Ukrainiec, który przyjmie do siebie żyda względnie zapewni mu schronienie, nakarmi go oraz ukryje zostanie rozstrzelany”. Śmierć groziła również każdemu, kto w jakikolwiek inny sposób udzieli pomoc ludności żydowskiej. Taki sam los miał spotkać również tych, którym udowodniono by choćby tylko zamiar pomocy. W praktyce jakikolwiek kontakt z osobą pochodzenia żydowskiego oznaczał wyrok śmierci. W rezultacie za ukrywanie lub każdą inną pomoc niemieccy okupanci mordowali całe polskie rodziny.

Egzekucja Michała Kruka oraz innych Polaków za pomoc ludności żydowskiej, fot. ze zbiorów MNZP.

Egzekucja Michała Kruka oraz innych Polaków za pomoc ludności żydowskiej, fot. ze zbiorów MNZP.

Pomimo terroru wprowadzonego przez Niemców w Przemyślu wśród osób, które zdecydowały się pomóc mieszkańcom przemyskiego Getta była młoda dziewczyna, którą los sprowadził do Przemyśla i związał z przemyską rodziną żydowską Diamiantów. Stefania Podgórska zwaną przez najbliższych Fusią, urodziła się w chłopskiej rodzinie we wsi Lipa w roku 1925. Po śmierci ojca tuż przed wybuchem wojny w 1939 r. Stefania wraz z matką Katarzyną i młodszą o siedem lat siostrą Heleną przeprowadziły się do Przemyśla. Matka, będąc z zawodu akuszerką podjęła pracę w szpitalu, a Fusia znalazła posadę sprzedawczyni w sklepie spożywczym należącym do żydowskiej rodziny Diamandów.

Kiedy 15 września 1939 roku oddziały niemieckie zajęły Przemyśl, przerażona Stefania znalazła schronienie wraz z siostrą u swoich żydowskich pracodawców, którzy przyjęli ją jakby należała od zawsze do rodziny. Kiedy niespełna dwa tygodnie później do prawobrzeżnej części Przemyśla weszły wojska sowieckie, Diamandowie ponownie otworzyli swój sklep spożywczy. Życie w okupowanym przez Sowietów mieście nie było ani lekkie ani też bezpieczne. Co prawda, Diamandom jako Żydom nie groziło już takie niebezpieczeństwo jak ze strony Niemców, lecz jako właściciele sklepu, a więc według nowej komunistycznej władzy „klasa wyzyskująca” mogli być w każdej chwili pozbawieni majątku i wywiezieni w głąb Rosji. Każdego dnia u drzwi przemyskich mieszkań zjawiali się żołnierze NKWD. Tysiące polskich i żydowskich przedstawicieli inteligencji oraz bogatszych przemyślan z całymi rodzinami byli wywożeni na Syberię, do Kazachstanu, Uzbekistanu i innych odległych miejsc w Związku Sowieckim.

Stefania każdego ranka szła na rynek i kupowała od rolników produkty spożywcze, które później były sprzedawane w sklepie. Jako że sama pochodziła ze wsi, potrafiła zapewne nawiązać kontakt z mieszkańcami podprzemyskich wsi. Wyprawy po zakupy  jednak nie były bezpieczne. Młoda dziewczyna była dość często zaczepiana przez sowieckich żołnierzy. Być może młodzi synowie właściciela sklepu jej towarzyszyli, aby  samotnie nie przemierzała przemyskich ulic.

Helena i Stefania Podgórskie, fot. ze zbiorów MNZP

Helena i Stefania Podgórskie, fot. ze zbiorów MNZP

W dniu 22 czerwca 1941 roku wojska niemieckie zaatakowały Związek Sowiecki. Po kilku dniach walk ponownie cały Przemyśl znalazł się w rękach niemieckich. Matka Stefanii została zesłana na roboty przymusowe, Diamandowie musieli założyć opaski  z „Gwiazdą Dawida”, zamknąć sklep, a w lipcu 1942 r. cała ich rodzina podzieliła los tysięcy przemyskich Żydów i znalazła się w Getcie. Można tylko przypuszczać, jaki ciężar spoczął na zaledwie siedemnastoletniej dziewczynie. Została pozostawiona sama sobie; matka przebywała gdzieś na robotach w Niemczech, rodzina jej pracodawców wraz z jej ukochanym zlazła się w Getcie. Ponadto wraz z nią była jej młodsza siostra Helena. Aby znaleźć pieniądze na utrzymanie siebie i siostry Stefania podjęła pracę jako operator tokarki w jednej z przemyskich fabryk. Była to ciężka praca dla siedemnastolatki.

Od czasu, kiedy rodzina Diamandów znalazła się w Getcie Stefania, nie bacząc na niebezpieczeństwo, utrzymywała kontakt ze swoimi niedawnymi pracodawcami, szczególnie z jednym z synów swego pracodawcy. Dostarczała im żywność, co było w tamtym czasie szalenie trudne. Większość produktów spożywczych była na kartki, żywność dostępna na czarnym rynku była bardzo droga, a przecież Stefania musiała utrzymać siebie i swoją młodszą siostrę Helenę. Każdy ciężko zarobiony grosz dziewczyna starannie zagospodarowywała, musiała także posiadać pieniądze na łapówki dla  niemieckich żandarmów, granatowych policjantów i żydowskich policjantów w samym Getcie. Niestety w niedługim czasie po utworzeniu Getta, bo już 31 lipca, doszło do pierwszej wywózki ludności żydowskiej do obozu zagłady w Bełżcu i do obozu pracy na przedmieściu Lwowa. Wówczas Stefanię spotkał dotkliwy cios, po wywiezieniu matki i brata na roboty do Niemiec odeszła kolejna droga jej sercu osoba, jej ukochany został zabity przez Niemców. O dziewczęcej miłości Stefanii i śmierci młodego Diamanda pisze w swoich wspomnieniach jedna z uratowanych przez Stefanię osób, Teodora (Cesia) Zimmerman Miller: „…Była zakochana w młodszym bracie Józefa.  Kiedy poszli do getta, pozostała mu wierna, przyniosła jedzenie i starała się pomagać, jak tylko mogła. Kiedy ten młodszy brat został wysłany do obozu koncentracyjnego, pojechała tam zobaczyć, czy nie da się go wydostać. Ale Niemcy zabili go, zanim się udało go uratować. Nie mogła nic zrobić. Jednak pozstała w kontakcie z jego rodziną.” (Wspomnienia Teodory (Cesi) Zimmerman Miller [w] Pamiętam każdy dzień…Losy Żydów przemyskich podczas II wojny światowej pod redakcją J. Krochmala i Hojna J. Hartmana, Przemyśl 2001).

Śmierć ukochanego przypuszczalnie jeszcze bardziej związała Stefanię z rodziną Diamandów. Każdy dzień przynosił kolejne ofiary za bramą Getta na Kamiennym Moście. Pewnego wieczoru jedna wizyta „niespodziewanego gościa” raz na zawsze zmieniła życie Stefanii Podgórskiej. Słysząc ciche, lecz natarczywe kołatanie do drzwi wystraszona dziewczyna podeszła i zapytała: - Kto tam?.

Po drugiej stronie męski głos odpowiedział szeptem: -To ja, Maks Diamand. Fusiu, proszę wpuść mnie.

Stefania otworzyła drzwi i po sprawdzeniu, czy ktoś obcy nie kręci się po korytarzu zaprowadziła młodego mężczyznę do kuchni. Maks wyglądał straszliwie. Ubranie było na nim poszarpane, na rękach i twarzy miał liczne zadrapania. Po krótkiej rozmowie opowiedział dziewczynie, jak znalazł się poza Gettem. Okazało się, że jakimś cudem udało mu się wyskoczyć z wagonu wiozącego tysiące przemyskich Żydów do obozu zagłady w Bełżcu. Kiedy skończył swoją opowieść, popatrzył na dziewczynę i powiedział:

- Fusiu, proszę, pozwól zostać mi na noc, tylko na jedną noc. Przysięgam, jutro zaraz sobie pójdę.

Stefania zgodziła się. Wiedziała, że jeśli ktokolwiek zauważył, że Maks wszedł do jej mieszkania i tak ją oraz jej młodszą siostrzyczkę czekała śmierć. Ponadto, jak sama później wielokrotnie podkreślała, pamiętała słowa swojej matki, która zawsze jej powtarzała: „Wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga”.

Nazajutrz Maks wrócił do swoich bliskich w Getcie. Postanowił wyrwać siebie, swego brata Henryka z miejsca, gdzie czekała ich tylko śmierć. Również Stefania, choć była bardzo młoda, wiedząc, że Niemcy chcą doprowadzić do likwidacji Getta, co równało się zagładzie i śmierci tych, którzy jeszcze za drutami dzielnicy żydowskiej żyli, postanowiła uratować jak najwięcej istnień ludzkich. Co skłoniło siedemnastolatkę do tak odważnej decyzji, dziś nie sposób powiedzieć. Każdego dnia słychać było o kolejnych egzekucjach na Polakach pomagającym Żydom. Mieszkańcy miasta słuchali z trwogą o masowym mordzie na wzgórzu Wapiennica, o żydowskich dzieciach, do których niemieccy żołnierze strzelali jak do ruchomych celów. Po latach Stefania w wywiadach dla amerykańskiej prasy i telewizji stwierdziła tylko: „Zdecydowałam pomóc się Żydom w ich ucieczce, aby uchronić ich przed śmiercią podczas ostatecznej likwidacji getta…” (www.ushmm.org). Żadnych wielkich słów.

Budynek przy ul. Tatarskiej 3, w którym przez ponad rok Stefania Podgórska wraz ze swoją siostrą Heleną przechowywała 13 osób z przemyskiego Getta, stan obecny. Fot. wyk. Jacek Błoński.

Budynek przy ul. Tatarskiej 3, w którym przez ponad rok Stefania Podgórska wraz ze swoją siostrą Heleną przechowywała 13 osób z przemyskiego Getta, stan obecny. Fot. wyk. Jacek Błoński.

Po pewnym czasie dziewczyna za pieniądze pozyskane ze sprzedaży kosztowności przekazanych przez dentystę dr. Hirscha wynajęła mieszkanie w domu  przy ul Tatarskiej 3, gdzie były dwa pokoje, kuchnia i strych. Początkowo mieli tam przebywać tylko Maks, jego brat Henryk z dziewczyną Danutą, ponadto dr Hirsch, jego syn Szymon. Ponadto warunkiem przekazania pieniędzy przez Hirscha było zabranie jeszcze Malwiny Zimmerman wraz z synem Jankiem i córką Cesią. Pierwotnie do domu przy ul.Tatarskiej udały się tylko dzieci Malwiny, ona sama, wykorzystując przepustkę wydaną jej ze względu na pracę u Niemców, dołączyła później. Cesia Miller w swoich wspomnieniach opisała moment, kiedy Stefania w biały dzień zabrała dzieci z getta i przez bramę na Kamiennym Moście, ruiny dawnej żydowskiej dzielnicy i przemyski Rynek udała się do szarego domu stojącego na wprost gmachu, w którym mieścił się niemiecki szpital polowy. Podobnie jak pozostali uciekinierzy z Getta dzieci zostały ukryte za  niewielkim przepierzeniem na strychu z dykty wykonanym przez Maksa i jego brata Henryka. Ponadto przebywał tam również doktor Shillinger wraz z córką. Po pewnym czasie dołączył jeszcze listonosz z Getta Janek Dorlich i jeszcze dwie osoby. Również te osoby Fusia Podgórska przyjęła pod swój dach. Łącznie tuż pod bokiem Niemców, obok wojskowego szpitala Wehrmachtu, w samym sercu okupowanego przez Niemców Przemyśla Stefania wraz ze swoją młodszą siostrą Heleną ukrywały trzynaście osób pochodzenia żydowskiego. Każdego dnia mieszkańcy domku przy Tatarskiej przeżywały horror. Całe godziny, całe dnie i noce spędzone w kompletnej ciszy, ponieważ każdy szmer, hałas, odgłos rozmowy mógł zdradzić kryjówkę. Oprócz dykty i murów schronieniem dla ukrywających się była cisza.

Po latach trudno sobie wyobrazić, jakim cudem udało się Stefanii i jej siostrze Helenie przechować taką ilość osób. W ciężkich czasach okupacji i wojny zdobycie pożywienia dla piętnastu osób było prawie niemożliwe. Jak trudny egzamin przedwczesnej dorosłości musiała przejść dziesięcioletnia Helenka, która nie zdradziła przed nikim trzynaście „milczących” osób przechowywanych na strychu. Przecież, choć była dzieckiem, wiedziała, co Niemcy robią z tymi, którzy ukrywają Żydów. W tym samym czasie we wrześniu 1943 r. Niemcy przeprowadzili pokazową i okrutną egzekucję Michała Kruka za pomoc Żydom w przemyskim Getcie.

Niebezpieczeństwo groziło z każdej strony. Nawet zaloty jej kolegi i jego ewentualne wizyty były niebezpieczne. Aby pozbyć się natrętnego amanta Stefania powiesiła na ścianie zdjęcie niemieckiego oficera, co skutecznie zniechęciło chłopaka. Po kilku tygodniach po wynajęciu domu przy Tatarskiej skończyły się pieniądze. Stefania zarabiała na jedzenie robiąc swetry na drutach, a pieniądze pozyskane z ich sprzedaży przeznaczała na zakup jedzenia na czarnym rynku. Wśród ukrywających się szerzyły się również choroby, zwłaszcza tyfus. Każdej nocy zmęczona Stefania czuwała na przemian z Maksem i innymi, aby najmniejszy szelest nie zdradził obecności osób za przepierzeniem na strychu. Nawet zwykłe chrapanie oznaczało wyrok śmierci.

Szczególnie tragicznie chwile przeżyła Stefania i jej „lokatorzy” na strychu, kiedy do domu przyszło dwóch niemieckich  żołnierzy z nakazem natychmiastowego opuszczenia domu. Na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i opuszczenie domu miała tylko dwie godziny.  Przerażona dziewczyna w panice zaczęła szukać jakiegokolwiek mieszkania. Niestety, miasto bardzo zniszczone, wiele domów było w gruzach. Nie sposób było znaleźć dom dla siebie, w którym można by było schować trzynaście osób. Zrozpaczona i zrezygnowana dziewczyna wróciła na Tatarską. Sąsiedzi namawiali ją, żeby natychmiast wyprowadziła się, bo kiedy przyjdą Niemcy zabiją  ją za niewykonanie rozkazu. Również sami ukrywający się Żydzi mówili, żeby wzięła Helenę i zostawiła ich. Ona jednak słuchając ich, patrząc na Cesię i Janka przytulających się do niej postanowiła, że nie ich nie opuści. Jakiś wewnętrzny głos mówił jej, żeby została, że wszystko będzie dobrze. Sama Stefania w wywiadzie udzielonym w 1990 r. tak opisała ten tragiczny moment: „…Tylko ruiny, nic więcej. Minęło już prawie dwie godziny. Wróciłam do domu. Zaczęłam płakać. Jak mogę zostawić trzynaście osób na pewną śmierć. Ja mogę uciec. Oni zostaną. Nie mogę już nic zrobić. Nic. Cała trzynastka zeszła do mnie na dół. Patrzyli na mnie. Potem wszyscy zaczęli mówić: - Uciekaj!. Nie musisz umierać z nami. Ocal swoje życie i życie swojej siostry. Masz jeszcze dziesięć minut.

Józef (Maks Diamand) pchnął mnie: -Uciekaj! Nie umieraj z nami. Już nic więcej nie możesz dla nas zrobić. Ocal siebie i Helenę. Odejdź.!”(źródło: www.holocaustrescuers, tłum. aut.)

Wbrew namowom Maksa Stefania wciąż siedziała, tuląc do siebie dzieci. Popatrzyła jeszcze raz na zmęczone twarze i zdecydowanie powiedziała;  - Pomódlmy się. Zapytajmy się Boga. Tam jest obrazek Matki Boskiej i Jezusa, który kupiłam jako mała dziewczynka. Pomódlmy się.

Wszyscy zgromadzeni, dorośli i dzieci, piętnaście osób, pomimo wyznawania innej religii modliło się do tego samego Boga: ….uklęknęłam pierwsza, potem moja siostra. Pozostali także się modlili, spojrzałam na nich.  Wszyscy pogrążeniu byli w głębokiej, głębokiej modlitwie. I nie prosiłam Boga, aby nas przyjął do Siebie . Prosiłam o o ocalenie, dla nas wszystkich. Wiedziałam, że nie mogę opuścić tego mieszkania. Nie mogę zostawić trzynastu ludzi na pewną śmierć…

Po skończonej modlitwie Stefania kazała się wszystkim schować na strychu i zaczęła sprzątać mieszkanie. Maks i pozostałe osoby były pewne, że dziewczyna postradała zmysły. Ona tymczasem otworzyła okna i śpiewając spokojnie zabrała się do pracy. 

Po chwili powrócili niemieccy żołnierze. Widząc śpiewającą przy pracy Polkę, podeszli do niej. Jeden z nich powiedział Stefanii, że ma szczęście i w sumie dobrze, że się nie wyprowadziła, bo oni nie potrzebują całego domu, a tylko jeden pokój. Stefania odetchnęła. Śmierć przeszła obok, po latach fakt ocalenia siebie, siostry i ukrywających przypisała w wywiadach Matce Boskiej.

Sytuacja jednak nie przedstawiała się dobrze. Co prawda hitlerowcy pozwolili jej zostać w domu przy Tatarskiej, lecz do mieszkania wprowadziły się dwie niemieckie pielęgniarki. Niebezpieczeństwo odkrycia kryjówki od tego czasu stało się jeszcze bardziej realne. Pewnego dnia pielęgniarki przyprowadziły do domu uzbrojonych żołnierzy. Jedna z nich zapragnęła nagle wejść na strych, na szczęście w ostatniej chwili zrezygnowała. Przez wiele tygodni niemieckie dziewczyny, mieszkając u Stefanii, nie przypuszczały nawet, że nad nimi przebywa trzynaście osób: mężczyzn, kobiet i dzieci. Końcem czerwca 1944 roku front zbliżał się do Przemyśla. Niemcy postanowili ewakuować szpital. Pielęgniarki przed opuszczeniem Przemyśla zaproponowały Stefanii, aby wyjechała z nimi, gdyż do miasta zbliża się armia sowiecka. Aby nie zbudzić podejrzeń, dziewczyna wyraziła zgodę, lecz w ostatniej chwili, tuż przez odjazdem, powiedziała pielęgniarkom, że rezygnuje.

W dniu 27 lipca 1944 roku oddziały sowieckie po ciężkich walkach zdobyły Przemyśl. Po kilku dniach oczekiwania, czy aby Niemcy nie wrócą, Maks, jego brat Henryk opuścili kryjówkę. Po roku czasu po raz pierwszy mogli zejść ze strychu i nie bać się, że za chwilę przyjdzie gestapo. Byli wolni dzięki odwadze i niespotykanej wierze i determinacji młodej Polki i jej siostry.

Rok później Maks, który później zmienił imię i nazwisko na Józef Burzminski, oświadczył się Stefanii. Ona przyjmując oświadczyny, zapytała się go:

- Pytałeś się kiedyś, czy możesz zostać na jedną noc, teraz pytasz, czy możesz zostać na całe życie?.

Józef Burzminski, źródło: http://movie.masjo.com

Józef Burzminski, źródło: http://movie.masjo.com

W roku 1957 r. Stefania wraz mężem wyemigrowała do Izraela, gdzie Józef otworzył gabinet dentystyczny w Tel-Awiwie. Trzy lata później państwo Burzmińscy wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych. Razem przeżyli dotychczas sześćdziesiąt jeden lat, mają dwoje dzieci. Młodsza siostra Helena wróciła do Polski, ukończyła studia medyczne we Wrocławiu. Historia ocalenia trzynastu osób z przemyskiego Getta jest obecnie bardzo znana. W roku 1979 obydwie siostry zostały odznaczone medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata”, przez Instytut Yad Vashem, a w latach pięćdziesiątych w Jerozolimie posadzono drzewo na część Stefanii Podgórskiej. Na temat historii  bohaterskiej dziewczyny z ul. Tatarskiej powstało wiele artykułów w prasie amerykańskiej, powstały również filmy dokumentalne. Jeden z nich był kręcony z udziałem Stefanii i Józefa w Przemyślu w roku 1990. Sześć lat później powstał amerykański film telewizyjny „Hidden in Silence” w reżyserii Richarda A. Colli, który cieszył się dużą popularnością w USA. Był również emitowany w polskiej telewizji publicznej. Można tylko żałować, że zdjęcia do filmu były kręcone nie w Przemyślu, lecz w Czechach.

Plakat do filmu „Hidden in Silence”, źródło: www.filmweb.pl

Plakat do filmu „Hidden in Silence”, źródło: www.filmweb.pl

Dziś historii ocalenia trzynastu osób pochodzenia żydowskiego przez Stefanią i jej siostrę w samym centrum Przemyśla w czasie II wojny światowej jest mało znana w naszym mieście, a dom przy ul. Tatarskiej 3 jest obecnie w opłakanym stanie. Odrapane ściany, powybijane okna straszą licznych zresztą turystów zwiedzających przemyską starówkę. Wiem  również, że wiele osób pochodzenia żydowskiego znając historię Stefanii I Józefa, szuka w naszym mieście ich domu, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. . Może niedawne obchody XIV Dnia Judaizmu w Kościele katolickim, które odbyły się w Przemyślu, spowodują, że dom przy Tatarskiej 3 doczeka się remontu, a na jego ścianie znajdzie się stosowna tablica upamiętniająca czyn sióstr Podgórskich i wielu innych osób, które narażały siebie i swoich bliskich, aby uratować choć kilka ludzkich istnień. Wiele osób z Przemyśla i okolic również ukrywało  żydowskie rodziny, bądź pojedyncze osoby i ich historie powinny być dowodem, że nie tylko Stefania i jej matka wiedziały, że wszyscy jesteśmy dziećmi tego samego Boga. Tym bardziej że kolejnym narodem przeznaczonym do wyniszczenia byli Polacy. Jeden z hitlerowskich starostów Heinz Doering – funkcjonariusz władz GG w Krakowie pisał w roku 1942: w liście do domu: „Obecnie polityka likwidacji [Polaków] nie może być niestety realizowana tak, jak byśmy tego pragnęli, gdyż potrzebujemy pilnie siły roboczej. Ale w przyszłości także Polacy znikną, by zrobić miejsce dla „niemieckiej przestrzeni życiowej”.

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 06-12-2019 15:43
Modyfikował: Witold Wołczyk | Data modyfikacji: 06-12-2019 15:48