9.3 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Nie zostały nawet ślady podków

aut. Lucjan Fac, „Nasz Przemyśl”, czerwiec 2009 (Nr 57)

Wojsko jest nieodzownym elementem  tradycji Przemyśla. Złożyło się na to wiele przyczyn, wśród których dominującą zawsze było jego położenie strategiczne. W szczególny sposób unaoczniło się to w połowie XIX wieku podczas Wiosny Ludów i kilka lat później podczas Wojny Krymskiej. Pod panowaniem habsburskim Przemyśl, i szereg okolicznych miejscowości, został zabudowany koszarami wielu jednostek wojskowych składających się zarówno na załogę Twierdzy jak i austro - węgierski Korpus nr  X (składał się z dwóch dywizji piechoty: 24 stacjonującej w Przemyślu oraz 2 stacjonującej w Jarosławiu.


W Jarosławiu stacjonowała również dywizja kawalerii, w Przemyślu 10 brygada artylerii polowej oraz 3 wiedeński pułk artylerii fortecznej, wydzielony z krakowskiej 2 brygady artylerii fortecznej).   Ta rozbudowana przez austriackiego zaborcę infrastruktura wojskowa została przejęta przez Wojsko Polskie II Rzeczypospolitej, dając schronienie wielu nowo powstałym jednostkom, które związały swój los z naszym miastem.   Wielokrotnie już zresztą o tym pisaliśmy. Jednak zaniepokojenie, jakie towarzyszy nam w obliczu topniejącego na naszych oczach garnizonu przemyskiego, nakazuje podjąć ten temat i przywołać nieco wspomnień. Ponoć historia jest nauczycielką życia.  Mam jednak wrażenie, że ufni w naszą nieomylność sięgamy do niej coraz rzadziej i dopiero po fakcie, utyskując nad rozlanym mlekiem.  Tymczasem stopniowa redukcja garnizonu przemyskiego prowadzona jest od tak wielu lat, że nawet nie spostrzegliśmy się, jak z dawnego potężnego garnizonu pozostały jedynie: polsko-ukraiński batalion sił pokojowych, 14 batalion zmechanizowany, placówka żandarmerii, oczywiście Dowództwo Garnizonu i …  raczej z nazwy 114 szpital wojskowy z polikliniką. 

Skutki pustek w przemyskich koszarach są oczywiście wielorakie. Aspekt gospodarczy łatwy jest do określenia i nie ma co się nad nim rozwodzić. Jeżeli z miasta odpływają wraz z kadrą członkowie ich rodzin, w handlu i usługach maleje popyt, spada podaż, itd. Pytanie tylko do jakiego poziomu?  Kwestia prestiżu! Miasto o takich tradycjach wojskowych przeistaczające się w jakiś przygraniczny garnizonik, kto wie czy nie, ….- syndrom- Daleko od szosy. Obiekty wojskowe! Ich degradacja, zapomnienie i wreszcie rozbiórka. Niczym okręty wojenne, które po zakończeniu wojny, nieprzydatne stoją w stoczni, oczekując złomowania. (Taki jest smutny los koszar 22 pułku artylerii lekkiej przy ulicy Lwowskiej).

Koszary artylerii w Pikulicach. Początek XX wieku..jpeg

Obiekty koszarowe ze względu na ich ilość tak zrosły się z architekturą naszego miasta, że nie zwracamy w zasadzie na nie uwagi. Często  zatraciły już swoje pierwotne przeznaczenie. Często są już ruiną, lub w nieposzanowaniu popadają w nią, tracąc swój pierwotny kształt i niewątpliwy urok. Jednym z klasycznych przypadków takiej zabudowy są koszary w Pikulicach. Odziedziczone po dawnej artylerii austriackiej zostały przejęte przez WP już w 1918 r. Dzięki temu, że zawsze miały swego użytkownika, nie zostały zniszczone, a ich stan pozwolił na wprowadzenie do nich zmęczonych walkami w czasie wojny polsko-bolszewickiej:
I dywizjonu 2 pułku artylerii ciężkiej, który przemianowany został na I dywizjon 10 pułku (I/10 pac) artylerii ciężkiej oraz I dywizjon 11 pułku artylerii ciężkiej, który przemianowany został na II dywizjon 10 pac (II/10 pac). I dywizjon przybył do Pikulic w grudniu 1920 r, natomiast II dywizjon w kwietniu 1921 r. Od tego czasu pikulickie koszary gościły cały 10 pułk artylerii ciężkiej (10 pac). 10 pac w dwudziestoleciu międzywojennym cieszył się dużym uznaniem. Zawdzięczał to m.in. swojej niezwykle bogatej i bohaterskiej tradycji, co jak na trzyletni okres powstawania i walk Wojska Polskiego nie było łatwe. Obydwa dywizjony przekazały 10 pac swoją tradycję. I tak I/ 10 pac, kontynuował chlubne tradycje I/2pac, który w 1919 r. stał się w zasadzie jednostką wsparcia 2 dywizji piechoty Legionów. Dzięki wsparciu dywizjonu dywizja ta szczęśliwie sforsowała Czernicę pod Smolewiczami. Tutaj dywizjon swoim ogniem przełamał silnie umocnione pozycje sowieckie, otwierając drogę legionistom. Podobnie było nad Berezyną. W grudniu 1919 r.  dywizjon został wycofany do Radomia i przezbrojony.  Na początku czerwca 1920 r. dywizjon wrócił na front i to w doskonale znane sobie okolice nad Berezyną.  W rejonach folwarku Żabinki oraz wsi Ossowa dywizjon przeżywa swoje chwile chwały. 7 lipca na odcinek wspierany przez dywizjon przeprowadzony został zmasowany atak sił sowieckich. Żołnierzom dywizjonu przyszło toczyć walki na krótkim dystansie. Mimo wielokrotnego zagrożenia, kanonierzy z prawdziwym zaparciem się siebie nie opuszczali swych stanowisk, tak, że nie zostawiono ani jednej armaty, wozu lub pocisku – nie stracono ani jednego konia. Po ciężkich walkach, dywizjon, w ciągłym kontakcie z wrogiem, potrafił wycofać się w kierunku Małkini. W ciągu 23 godzin pokonał 150 km ! To był morderczy marsz, 7 koni padło ze zmęczenia, niemiłosierny upał, piach, w którym haubice i armaty grzęzły po osie. Dookoła płonące lasy, kilkakrotne próby rozproszenia kolumny podejmowane przez sotnie kozackie,  jednak cały oddział wraz ze sprzętem wydobył się z matni. Marsz ten przeszedł do legendy 10pac,  i słusznie. W warunkach walk odwrotowych, panującego chaosu, wrażenia , że wszystko już przepadło, taka postawa jest niewątpliwie przykładem męstwa. Ten żołnierz zdecydowanie wiedział, o co walczy. Wydawało się, że oddział jest uratowany. Okazało się jednak, że linia Bugu nie będzie broniona, a dywizjon nie ma szans na przeprawę przez rzekę. W pierwszej kolejności nakazano ratować ludzi i konie. Działa miały ubezpieczać odwrót piechoty. Po wystrzeleniu ostatniego pocisku lub gdy nieprzyjaciel znalazł się zbyt blisko, … działa należało zniszczyć! Takie rozkazy wzbudziły dezaprobatę. Po takich przeżyciach niszczyć działa?! Na bardzo ryzykowną próbę wyprowadzenia dywizjonu z tej opresji wpadł kpt. Bogdanowicz. Można było przeprawić dywizjon wraz z działami w rejonie miejscowości Nur. Ale, żeby tam dotrzeć, należało kierować się wzdłuż Bugu na południe. Oczywiście cały oddział rozciągnięty wzdłuż  rzeki stanowił doskonały cel do zniszczenia, szczególnie dla sowieckiej kawalerii, której w tym rejonie nie brakowało. Własnymi siłami nie dałoby się dywizjonu przeprowadzić do Nura.  Manewr był bardzo niebezpieczny, nic też dziwnego, że sztab 2 Dywizji Piechoty Legionów nie chciał się zgodzić. Bogdanowicz stwierdził ostatecznie, że dla artylerzysty działa to to samo co dla żołnierza piechoty sztandar i, że nie może dział pozostawić. Być może wspomniał również, że nawet w najgorszych opresjach dywizjon nie zostawił legionistów samych, bez wsparcia ogniowego. Nieważne już, jakich argumentów chwytał się jeszcze Bogdanowicz, ważne, że dowódca 2 DP Leg wyraził zgodę, dodając dla osłony jedną kompanię piechoty. Dowództwo nad całością przejął Bogdanowicz i ubezpieczonym marszem cały czas w kontakcie wzrokowym z jedną z sotni kozackich przeprawili się do Nura, a stąd przez most na Bugu na lewy brzeg. Tuż po przejściu ostatniego działonu saperzy 15 DP wysadzili most w powietrze.  Już wkrótce, zajmując pozycje na lewym brzegu Wisły, dywizjon będzie wspierał ogniem swych uratowanych haubic i armat działania 3 pp leg,   spłacając tym samym dług wdzięczności legionistom. Nie zabraknie ciężkich dział dywizjonu w bitwie warszawskiej, a później w walkach z Konarmią Budionnego.  Szczególnym momentem były walki 2 baterii por. Królikiewicza w dniu 29 sierpnia pod miejscowością Uchanie. Naciskany ze wszystkich stron Budionny próbował przebijać się w kierunku Hrubieszowa. Tutaj pod Uchaniem na baterię Królikiewicza wyszły masy jazdy jego Konarmii. Przewaga była tak duża, że podejmowanie obrony mijało się ze zdrowym rozsądkiem. Jednak  wtedy żołnierze mieli już świadomość, że poddawać się bolszewikom nie ma sensu, bo i tak zabiją. Pozostała więc walka z pełną determinacją, że walczy się o życie. Prowadząca ogień na wprost  („w pysk”), kartaczami bateria  został zaatakowana z trzech stron. Gdy na jej tyłach pojawiła się szarżująca kawaleria sowiecka, wydawało się, że to koniec. Kanonierzy pochowali się pod działa. Jednak Sowieci nie mieli czasu się nimi zajmować, po prostu sami przedzierali się na wschód. Mimo że nad nimi przetoczyła się nawała sowieckiej kawalerii, żaden z kanonierów nie zginął. Gdy tylko ostatnia fala Kozaków przewaliła się nad działami, kanonierzy w masy wycofującej się kawalerii ponownie otworzyli ogień. Królikiewicz otrzymał za ten wyczyn Virtuti Militari, a kanonierzy Krzyże Walecznych.

Działownia pułku..jpeg

Niemniej utytułowanym sławą, zaszczytami był I dywizjon 11 pułku artylerii ciężkiej, który stał się drugim komponentem 10pac.  Powstał na rozkaz gen. Józefa Hallera we Francji, w miejscowości Le Mans. Skład osobowy tworzyli ochotnicy z polonii francuskiej i amerykańskiej oraz polskiego pochodzenia jeńcy z armii austro-węgierskiej. Pułk był świetnie wyposażony w sprzęt produkcji francuskiej. Pod koniec maja 1919 r. przewieziony został do Włocławka, gdzie formalnie został rozformowany. Powstało z niego szereg nowych jednostek artylerii. Z samego dowództwa utworzono natomiast dowództwo I dywizjonu 11pac. Była to nieco groteskowa sytuacja, bowiem było dowództwo, ale nie było kim dowodzić, wszystkie bowiem baterie zostały zabrane do innych oddziałów. Na całe szczęście 28 stycznia 1920 r. z Francji przybyła w pełnym składzie bateria por. Zajdla. Oddział stał się podstawową siłą I dywizjonu, który wyruszył na front pod dowództwem mjr. Aleksandra Batorego. W maju 1920 r. bateria znalazła się aż nad Dnieprem, gdzie skutecznie walczyła z sowieckimi pociągami pancernymi, zatapiała łodzie sowieckiego desantu próbujące uchwycić przyczółek na prawym brzegu Dniepru. Pod koniec czerwca podczas odwrotu zwalczała na Prypeci bolszewickie statki przewożące wojsko, walczyła  z sowieckim monitorem, który buszował po jeziorach Polesia, aż wreszcie wylądowała w Twierdzy Brześć, gdzie wzięła bardzo skutecznie udział w jej obronie, utrzymując twierdzę i odpierając wszystkie sowieckie ataki. Zagrożony okrążeniem Brześć musiał się ewakuować. Bateria wycofała się za Wieprz, a podporządkowana 1 Dywizji Górskiej wzięła udział w kontrofensywie. We wrześniu skierowana została do 11 DP.

Kasyno oficerskie pułku..jpeg

Kasyno oficerskie pułku..jpeg

 W skład 10 pacu weszły również dwie baterie sformowane w Stanisławowie z inicjatywy kpt. Waleriana Kaliszka. Jako uzupełnienie otrzymały one sprzęt francuski z  I dywizjonu 11 pac. Dzięki temu dwie nowo formowane baterie otrzymały numery 2 i 3 i zostały przydzielone do 1 dywizjonu 11pac. W sierpniu 1920 r. skierowane zostały do Warszawy. Gdy 11 sierpnia przybyły do stolicy, natychmiast skierowano je na front jako wsparcie 47 pułku piechoty obsadzającego odcinek od toru kolejowego po szosę Warszawa-Radzymin. 13 sierpnia nastąpił bolszewicki szturm, baterie przez cały czas prowadziły bardzo intensywny, a co najważniejsze, skuteczny ogień.  Przewaga sowiecka była miażdżąca. Wielokrotnie odpierane ataki wyczerpywały siły obu baterii. Oczekiwana pomoc nie nadchodziła. Nie wiedzieli jeszcze wtedy, że ich zadaniem jest po prostu wytrwać. Posiłki były kierowane w inny rejon nad Wieprz, stamtąd miało pójść główne uderzenie. Tymczasem front się chwiał. 14 sierpnia na odcinku 3 baterii piechota broniąca się w miejscowości Czarna pod naporem sowieckim wycofała się aż na stanowiska artylerii. Tutaj jednak kpt Müllner zebrał oddziały, wzmocnił je swoimi artylerzystami i poprowadził do ataku, w którym Czarna została odzyskana. Jednocześnie pozostali kanonierzy ogniem na wprost z niedużej odległości wspierali swoich kolegów w ataku. Nie próżnowała również bateria 2 dowodzona przez porucznika Palmiego. Ten widząc gromadzące się pod Czarną nowe oddziały sowieckie, jednocześnie zmęczenie polskiej piechoty i kolegów z 3 baterii, wydzielił jeden pluton- dwa działony, z którym galopem wjeżdża na wzgórze opodal dworu Czarna. Szybkim ogniem, cały czas pod sowieckim ostrzałem, rozprasza oddziały sowieckie i zmusza je do odwrotu. 15 i 16 sierpnia to niezwykle ciężka harówa. Zmęczenie osiągnęło zenit. Borykając się z trudnościami w zaopatrzeniu obie baterie wystrzeliły w ciągu tych trzech dni po ok. 1500 pocisków. Gdy 16 sierpnia ruszyło uderzenie znad Wieprza, obydwie baterie były tak zmęczone prowadzonymi walkami, że zostały skierowane do odwodu i nie brały już udziału w pościgu za wycofującymi się  bolszewikami. 26 sierpnia obydwie baterie wraz z 11 DP zostały skierowane do Brześcia nad Bugiem. Stąd operowały wielokrotnie, odnosząc szereg sukcesów. W akcji na Małorytę jeden z plutonów 3 baterii pod osobistym dowództwem kpt Müllnera stoczył walkę aż z trzema sowieckimi pociągami pancernymi. Mimo miażdżącej przewagi po stronie boleszewickiej to nasze działa wyszły z tego pojedynku zwycięsko. 9 września 2 bateria na skrzyżowaniu dróg Brześć-Mokrany i Małoryta-Kobryń zmasakrowała liczący ponad 1500 żołnierzy oddział sowiecki. Sukces ten świadczy o niezwykle wysokiej sprawności baterii. Sowietów dopuszczono na odległość zaledwie 300 metrów.  Następnie ogniem na wprost, z niezwykłą precyzją i spokojem, (doświadczenie i obycie w walce zrobiło swoje) oddział ten został w otwartym terenie po prostu rozstrzelany. Kilkuset bolszewików zginęło, ponad 200 wzięto do niewoli. Zdobyto samochody pancerne, sporo sprzętu i cały tabor konny.  Również we wrześniu po ataku na Berezę Kartuską, atakując siły sowieckie, 3 bateria spędziła sowieckie samochody pancerne znad rzeki Jasiołda i natychmiast skierowała się za nimi w pościg. Gdy bateria znalazła się na następnym moście rzeki Hrywda, samochody sowieckie nieoczekiwanie zawróciły i zaczęły intensywnie ostrzeliwać most. Sytuacja zrobiła się krytyczna, na całe szczęście opanowanie i zimna krew, jaką wykazali się kanonierzy dowodzeni bezpośrednio przez dowódcę dywizjonu mjr. Batora, uratowały sytuację. Kanonierzy z działonu pchor. Mokrzyckiego odprzodkowali jedną armatę, przepchnęli na drugą stronę mostu i ogniem na wprost zmusili samochody do wycofania się. Jeden z nich, uszkodzony, wpadł w ręce baterii.

Obecnie..jpeg

Takich walk obydwa dywizjony 10 pacu zaliczyły wiele. Najbardziej zdumiewa fakt, że w walkach obydwa dywizjony poniosły, można powiedzieć, minimalne straty w ludziach. Zginęło bowiem 2 żołnierzy z I/2pacLeg i 4 z I/11 pac. Oficerowie i żołnierze obydwóch dywizjonów otrzymali łącznie 11 Orderów Virtuti Militari V klasy oraz 25 Krzyży Walecznych. O wielu wyczynach artylerzystów 10 pikulickiego pułku artylerii ciężkiej jeszcze wielokrotnie pisano w dwudziestoleciu międzywojennym, podając je za przykład męstwa, odwagi i ofiarności.

Przegląd pułku przez Szefa Art. O.K.X. gen. A. Kowalewskiego..jpeg

Obydwa dywizjony w 1920 i 1921 przybyły do Przemyśla i skierowane zostały do Pikulic.

Wartownia – Spółdzielnia – Biblioteka 10 p.a.c..jpeg

Tutaj przez blisko dwadzieścia lat 10 Pułk Artylerii Ciężkiej stacjonował, szkolił nowych rekrutów, modernizował budynki koszarowe. Dbał o swój sprzęt, przezbrajał się w nowszy, pędził zwykłe, monotonne życie garnizonowe przerywane jedynie  poligonami, różnorodnymi uroczystościami, rywalizacją sportową. Uruchomił nawet własną komunikację z Przemyślem, wydając bilety miesięczne. Przez oddziały pikulickiego 10pacu przewinęły się tysiące rekrutów. Pułk wielokrotnie był wizytowany i odwiedzany. Funkcjonował w przemyskim garnizonie w poczuciu zarówno własnej siły, (w końcu to była największa siła ognia na terenie całego Okręgu Korpusu nr X) ale i  szacunku, jaki wypracował w czasie najcięższej próby w walkach 1919 i 1920 r. Jednocześnie tradycja pułku tworzyła jego esprit de corps, z którego zdawał egzamin w czasie kampanii wrześniowej. 10 pac pod dowództwem płk. Jana Bokszczanina, w 1939 r. w rzeczywistości stanowił jednostkę mobilizacyjną i na wypadek wojny miał wystawić pięć dywizjonów artylerii ciężkiej na potrzeby dywizji piechoty. I tak 2 dac (dywizjon artylerii ciężkiej) przekazano 2 DP Leg., 22 dac dla 22 DPG, 24 dac dla jarosławskiej 24 DP, 60 dac raczej w sposób przypadkowy poobdzielał swoimi bateriami i 24 DP i 11 Karpacką DP, a nawet 10 Brygadę Motorową płk. Stanisława Maczka. Część działonów, które pozostały w pikulickich koszarach, wzięła również udział w obronie Przemyśla.

DSCN0991.jpeg

W sierpniu i wrześniu 1939 r. 10 pac poszedł na wojnę i już nigdy do swoich koszar nie wrócił. Jego oficerowie i żołnierze ginęli na wszystkich niemalże frontach II wojny światowej. Wspaniała karta chlubnych tradycji 10 pac nie została więc splamiona. Krwią artylerzystów z pikulickich koszar spłynęło niejedno pole bitwy. Pozostały koszary. Dr Gosztyła w jednym z opracowań, sprzed bodajże trzech lat,  ich stan przedstawił następująco.  Przy ulicy Herburtów znajdują się budynki administracji koszar, budynki mieszkalne kadry oficerskiej, budynki koszarowe oraz przebudowane i mocno zniekształcone budynki inwentarskie. Dwa obiekty, w których były stajnie, znajdują się w stanie ruiny. Całość zabudowy tworzą budynki jednokondygnacyjne. Pomimo szybko postępujących procesów niszczenia i występujących wtórnych podziałach zachowane zostało historyczne rozplanowanie zespołu oraz widoki panoramiczne, natomiast w trakcie prowadzonych obecnie prac modernizacyjnych stosuje się materiały niskiej jakości (np. budynek pokoszarowy na skrzydle wschodnim założenia). W budynku byłej administracji koszar, gdzie obecnie są mieszkania lokatorskie, stoi jeszcze, mocno skorodowana biologicznie, wieża zegarowa na dachu. Niestety stan ten, nie tylko się nie poprawił, ale wspomniana wyżej  zabudowa całego kompleksu została naruszona przez nowe budynki mieszkalne, wbudowywane we wschodnie skrzydło całego założenia. Być może tak ma być i być może tak jest ładnie. Być może są to nieubłagane znaki czasu i losów, jakie mogą podzielić inne koszary, gdy opuszczą je jednostki przemyskiego garnizonu. Mam wrażenie, że w Pikulicach nie „pozostały nawet ślady podków”. Chciałoby się przynajmniej, żeby jakiś akcent tej wspaniałej karty historii polskiej artylerii pozostał w tym miejscu.

Jako uzupełnienie, dzięki płk. dr. Zbigniewowi Moszumańskiemu, pozwalam sobie umieścić dwa zdjęcia sprzętu, jaki był używany czy też testowany przez pikulickie oddziały 10 pac w dwudziestoleciu międzywojennym.

105mm_M1913_Schneider_2T.jpeg

105 mm armata wz. 13 Schneider, to późniejsza wz. 29. Produkcję armaty 105 mm wz. 29 rozpoczęto w Starachowicach w 1934 r., a od 1937 r. do jej wytwarzania włączyły się Zakłady Południowe w Stalowej Woli. Armata wz. 29 była rozwinięciem konstrukcji armaty wz. 13. Armatę traktowano jako działo dalekonośne, jednak w latach trzydziestych jej donośność była już zbyt mała jak na tę kategorię dział. W czerwcu 1939r. Wojsko Polskie posiadało 118 działa wz. 13 i 124 wz. 29 (wg innych danych 254 dział obu typów). W chwili wybuchu wojny stanowiły one uzbrojenie jednej z dwóch 3 - działowych baterii w dywizyjnych dac czynnych DP oraz jednego z dwóch dywizjonów w pac (dywizjony te składały się z trzech 4-działowych baterii). Łącznie w 30 bateriach i 8 dywizjonach znajdowało się 186 dział obu typów.

 

155mm_m1917_Schneider_2T.jpeg

 

 

Haubica kalibru 155 mm wz. 1917 był to model francuskiej firmy Schneider z okresu I wojny światowej. Na uzbrojenie Wojska Polskiego przyjęto go w 1919 roku. Pierwsze egzemplarze tej haubicy trafiły do kraju wraz z armią gen. Hallera. W późniejszych latach zakupiono jeszcze we Francji pewną liczbę tych haubic. Produkowano je również w kraju w zakładach w Starachowicach. W ramach planu motoryzacji armii część haubic została zmodernizowana. Wymieniono w nich podwozie, które dzięki kołom na pneumatykach umożliwiało transportowanie haubicy przy pomocy ciągników artyleryjskich C4P. Kilkanaście tak zmodernizowanych haubic wz.17 miał na swoim wyposażeniu 1 pułk artylerii motorowej w Stryju. Ponadto wchodziły one w skład dywizyjnych dyonów artylerii ciężkiej (bateria trzydziałowa) oraz armijnych pułków i dyonów artylerii ciężkiej (baterie czterodziałowe). Działa były holowane w zaprzęgach 8 koni. We wrześniu 1939 roku posiadano 340 dział, a 234 zostały użyte
w walkach w dywizjonach artylerii ciężkiej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl