6.9 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Piszę na Berdyczów – gdzieś nad Sekwaną

aut. Zbigniew Janusz, „Nasz Przemyśl”, luty 2008 (Nr 41)

Przez ponad dwadzieścia lat żyłem z pisania, jednak nie posiadłem umiejętności pisania o przyjaźni. W zasadzie łączyła ona całe Zniesienie i ludzi bliskich grupie. Jednak w stosunku do Józka Kurylaka, Tadka Piekły, Władka Włocha było to także połączone z szacunkiem dla starszych, lepiej piszących i mających zdecydowanie okazalszy dorobek twórczy. Najbliższy mi wiekiem, temperamentem, sposobem traktowania literatury i życia był jednak Romek Lis, talentem i możliwościami przerastający o głowę nie tylko mnie. Była to niczym niezmącona przyjaźń, byłem świadkiem na jego ślubie, dedykowałem mu swą pierwszą książkę, wypiliśmy razem kilka cystern gorzały, a i pewnego deszczowego wieczora pobiliśmy się okrutnie. Do dziś nie wiem, o co poszło, a i później nad tym się nie zastanawialiśmy.

Byliśmy z Romkiem uczestnikami wielu ekscesów, którymi za bardzo nie ma się co chwalić. Po jednej z imprez młodoliterackich w Radomiu, w kilka lat później obrany z honorarium i utopiony w Wisłoku, Adaś Gruszka wysłany został do sklepu nocnego po „amunicję”. Wdział przy tym nazbyt na niego wielki uniform myśliwski gospodarza i usiłował wejść przez szybę do sklepu. Oczywiście został natychmiast zatrzymany do wyjaśnienia, a zapytany o zajęcie zawodowe odparł z rozbrajającą szczerością: Bajki piszę... Autorzy niekiedy mówią, że cierpieli w minionym drobnoustroju za literaturę, ale faktycznie to biedny rzeszowski bajkopisarz przez chwil kilka najboleśniej cierpiał za literaturę. Cierpiał także jeden z przemyskich poetów, który przy rutynowym spisywaniu danych za jakąś nocną obecność nieusprawiedliwioną w miejscu zwanym publicznym radził, żeby spisujący spróbował nazwę ulicy Harcerska pisać przez samo H. 

Romek przez pewien czas zafascynowany był fotografiką i bywało, że listonosz przynosił mi w Nowej Sarzynie moje zdjęcie lub Romka z naklejonym z tyłu znaczkiem i pozdrowieniami.

Lis był znakomitym samoukiem. W całym ówczesnym Zniesieniu Józek Kurylak miał akademickie przygotowanie do uprawiania literatury, ja po trzech zaliczonych semestrach zrezygnowałem ze Studium Nauczycielskiego. Tadek Piekło studia dziennikarskie robił już w Warszawie. Z literackimi nowościami i klasyką byliśmy jednak niemal wszyscy na bieżąco, i to, jak też częste, a gorące dyskusje, dawały więcej niż jakiekolwiek dyplomy. Zresztą i obok wczesnego Zniesienia było kilka tęgich mózgów. Romek miał olbrzymią łatwość zjednywania sobie przyjaciół. Zjeżdżali do Przemyśla na spotkania autorskie wówczas młodzi, ale już znani poeci z wielu stron kraju. Młody Jastrun, którego rodzinę doskonale znał Józek Kurylak, przyjeżdżał Krzysztof Gąsiorowski i wielu innych. Zniesienie, a wraz z nim literacki Przemyśl, poprzez doborową czwórkę: Kurylak, Włoch, Piekło, Lis, było znane i cenione w kraju. 

Romek Lis podlegał kilku literackim fascynacjom począwszy od Mirona Białoszewskiego, z którego cytował mi w beztroskich chwilach słynną Kicię Kocię, czyli odwrotność bezrobocia, czy babę szurającą podeszwami na moście w Zawichoście. Gdy Józek Kurylak robił portret trumienny Wirginii Woolf, a Tadek opiewał ulicę Słowackiego z Nehrybką, jej włoską różą, ja tworzyłem kolejne natchnione wzdychalstwo do kolejnej muzy, Romek pisał wiersz zatytułowany: „Dziennikarz reportaż robi, a chłop robi mu kawał”. Nie było w tym lekkości pisania, a trudna, mozolna praca. Czasem bywało publikował w Życiu pod różnymi pseudonimami rytmiczną klasykę, czyli to, co nie mieściło się w jego konwencji. Nie miał szczęścia do recenzentów, choć często pisano o nim i to w najgłośniejszych tytułach. Raz wielką frajdę zrobił mu Rysiek Winiarski dogłębnie analizując debiutancki zbiór wierszy: Opis walki za wstęp. W wierszach tych ukazywał często Przemyśl, a znane nam postacie były współtwórcami wielu groteskowych sytuacji. Takie odbrązowienie, gdzie akcja nie toczyła się w uświęconych wiekiem i tradycją miejscach, a w na przykład w restauracji dworcowej, gdzie bywało także chadzaliśmy na chmiel, czy późniejszy karmel.

Romek pracował na kilku z licznych budek gazowniczych, gdzie zwłaszcza nocami warunki do lektury i pisania miał wręcz znakomite. Co godzinę spisywał tam z wielkim namaszczeniem cyferki z licznych manometrów. Mieszkania, które dość często zmieniał, takich możliwości nie dawały. No, może oprócz olbrzymiego pokoju na Smolki, gdzie jednak zdecydowanie za często go rozpraszaliśmy. Literat powinien przede wszystkim pisać, bez względu na warunki. To najpełniej, chyba jako jedyny z całego Zniesienia, rozumiał i konsekwentnie stosował Józek Kurylak.    

Wraz z lekturą „Stu lat samotności” Romka niemal bez reszty wciągnął realizm magiczny. W tym momencie to było to, czego w literaturze szukał i w czym mógł się najpełniej wyżyć i sprawdzić jako prozaik. Bodaj Igor Neverly radził wiele lat temu młodemu Hłasce, że jeśli chce coś znaczącego napisać winien o tym jak najczęściej opowiadać, różnym ludziom, a ich reakcje na życiowe prawdopodobieństwo sytuacji miały korygować powstający utwór. Romek również opowiadał kolejne sceny z życia bohaterów, z Józefem Hreczanikiem, którego pierwowzór sam stanowił, jak i licznymi, bardziej czy mniej autentycznymi postaciami. Całość zwać się miała „Święty spokój”. Książka mogła i powinna wywołać wrzawę i uznanie. Romek jednak zaczął publikować w formie opowiadań większe lub mniejsze jej cząstki, każdorazowo zauważane i doceniane. Bodaj Andrzejewski jedno z takich opowiadań zauważył, zaciekawiło go i określił je jako znakomity materiał literacki, a nie w miarę skondensowaną, zwartą cząstkę większej całości. No i wszystko zostało rozdrobnione, a życie, do którego komplikowania Romek również talent miał wielki, wymuszało na nim kolejne ustępstwa. Po latach, grzebiąc w internecie, natrafiłem na Józefa Hreczanika i innych bohaterów „Świętego spokoju”, ale już w innym otoczeniu i sytuacjach, bliższych filozofiom Wschodu niż realizmu magicznego. To mogła i powinna być książka wpisująca miasto i bohaterów do dużej literatury.

Osobnym rozdziałem, i to wcale obszernym w życiu Romana Lisa, to były kobiety. Każda z nich była nowym dziełem Stwórcy, pojedynczym egzemplarzem. Potrafił je skutecznie przekonywać do siebie. Nieraz byłem zaskoczony, że po poznaniu się z Romkiem, muza jednak okazywała się być kobietą. Martin Eden przekonał się o tym, gdy dojrzał kroplę soku wiśniowego na wargach Ruth Morse. Nie wiem, co i w jakim momencie dostrzegał w muzach Romek, ale z całą pewnością był wszechstronniejszy i bardziej spostrzegawczy. Później życie okazywało się brutalne, a Romek nadspodziewanie nerwowy.

Żył wtedy bardzo zachłannie, wszystkiego ciekawy. Niecierpliwie czekał na przyjazd do Przemyśla Kuronia i Michnika, bliskie mu były problemy Sławka Kryka, Bogusia Bieli i wielu innych, których z Polski wyeksmitowano. To zapewne spowodowało, że nasza „Zniesieniowa” wtyczka, podczas którejś z kilku biesiad na Kmieciach, podsunęła mu lojalkę do podpisu. Janek, który się ze swymi służbowymi obowiązkami nie bardzo krył, punktów na Romku nie zdobył, a my zostaliśmy ostrzeżeni. Ale to już jest całkiem inna bajka. Zniesienie i tak pękło od środka, część autorów ruszyła w kierunku ZLP, Józek Kurylak wybrał SPP, część została sama ze swą twórczością. To oczywiście boli, ale najważniejsze w skutkach było rozstanie z Przemyślem.  Coś jest niewytłumaczalnego dla mnie w tym, że ludzie ze „Zniesienia”, którzy rozsławiali Przemyśl, tak szybko i łatwo z nim się rozstali. Nie byli miastu potrzebni, nie mogli w nim znaleźć miejsca dla siebie. Nie pierwsi oni i nie tylko oni. Skoro miasto nie potrafiło ich zatrzymać, przynajmniej pamięć o nich powinna tu pozostać.

 

 Ten zakrzywiony w czasie sad

Gdzie stoi żołnierz z twarzą mego ojca

I moim okiem trzej patrzymy

Na dom którego nigdy tu nie było

 

I tylko studnia zawieszona

Pośród symetrii odwróconych nieb

Jest obecnością do której wrzucamy

Coś co już nawet nie jest karabinem

  *    *    *

 Cicho usnęła jabłoń stara.

Cicho usnęło dziecko chore.

Piąstki gorączką zaciśnięte.

W jabłkach i piąstkach ziarno.

 

W uszach kobiety na mszę dzwonią.

Świeca jak wąż się wije w dłoni.

 

Cicho, usnęła jabłoń stara.

Cicho, usnęło dziecko chore.

Jabłoń przez sen na szybie pisze

uschniętym palcem wyrok.

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl