6.9 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

DNI KLĘSKI – marzec 1915 r.

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, marzec 2008 (Nr 42)

W ostatnich tygodniach oblężenia żołnierze przemyskiej twierdzy oraz mieszkańcy miasta zmuszeni byli stawić czoło nie tylko trzymającym Przemyśl w żelaznych kleszczach wojskom rosyjskim, lecz także dwóm równie bezlitosnym wrogom: zimie i głodowi.

Mróz, częste opady śniegu bardzo utrudniały codzienne życie obrońcom i zwykłym przemyślanom. Mundury żołnierzy austro-węgierskich nie zdawały egzaminu w niskich temperaturach panujących w lutym i marcu. Szczególnie źle dotkliwe zimno i mróz znosili żołnierze pochodzenia włoskiego i z krajów bałkańskich. Było to powodem licznych chorób wśród załogi twierdzy. Aby choć częściowo zapobiec niedoborom w zapasach ciepłej bielizny i mundurów jeszcze na początku drugiego oblężenia komendant Kusmanek wydał rozkaz uruchomienia wszystkich zakładów krawieckich w mieście i stworzenia nowych. Część kobiet pozostałych w Przemyślu z własnej inicjatywy zorganizowała szwalnie, chcąc pomóc wyczerpanym bojem i zimnem żołnierzom. W pomieszczeniach sądu przy ul. Wodnej żony przemyskich urzędników i oficerów szyły ciepłą bieliznę oraz skórzane kamizelki dla wartowników pełniących warty. Zużyto na ten cel ponad 6.000 wojskowych tornistrów z cielęcej skóry, zupełnie nieprzydatnych w ówczesnych warunkach. W celu zdobycia jak największej ilości sukna rozpoczęto magazynowanie materiałów. W związku z tym przerabiano ubrania cywilne, flagi, zasłony i wszystko, z czego można by było pozyskać chociaż metr tkaniny. Kolejnym problemem był brak ciepłego obuwia. Buty używane przez żołnierzy  ulegały szybko znoszeniu. Zdesperowani obrońcy próbowali reperować obuwie w doraźnych warsztatach, często zakładanych obok ich miejsc zakwaterowania, gdzie z czasem rozpoczęto wytwarzanie sabotów z drewna. Zniszczone buty naprawiano czym popadnie. Każdy znaleziony kawałek skóry, derki, a nawet blachy, drewna  w sprawnych rękach służyły do ratowania rozpadających się żołnierskich butów. Niestety, zrozpaczeni żołnierze ściągali niejednokrotnie  buty z nóg poległych w boju Rosjan. Było to zabronione przez dowództwo z powodu realnej groźby zakażenia się „trupią zarazą”.

Na terenie przemyskiej twierdzy i w samym mieście uruchomiono doraźną produkcję przedmiotów codziennego użytku i broni.. Metodą chałupniczą wytwarzano zapałki, pastę do zębów, gwoździe, lampy, nożyce do cięcia drutu – 4.000, a także granaty ręczne - 8.000, pistolety sygnałowe -100 szt., podstawy obrotowe do ckm i dział przeciwlotniczych oraz wiele innego sprzętu wojskowego. Wyprodukowano także 18 miotaczy min z rur kanalizacyjnych. W przemyskich warsztatach powstał też pociąg pancerny uzbrojony w 2 działa M. 73 i 4 karabiny maszynowe. Intendentura zorganizowała również fabrykę mydła i skóry. Wyprodukowano ponad 10.000 konserw z wątroby końskiej, 3.000 łoju końskiego. W dziesiątkach małych warsztatów powstało dziesiątki tysięcy przedmiotów, takich jak podkowy, klamry, papa i inne, bez których funkcjonowanie w odciętej od świata twierdzy ponad stu tysięcy żołnierzy nie byłoby możliwe. Ponadto wytworzono kilkaset tysięcy kg obroku z drzewa bukowego, wierzbowego i brzozowego na paszę dla koni.

Problemem był również brak maskujących mundurów. Ciemne sylwetki żołnierzy austro-węgierskich na tle białego śniegu były doskonałym celem dla rosyjskich strzelców. Powodowało to wysokie straty wśród żołnierzy biorących udział w dziennych patrolach na przedpolu twierdzy. Dowództwo wydało rozkaz, aby służbę patrolową obrońcy pełnili tylko i wyłącznie po zapadnięciu zmroku. Nocne wypady stworzyły wspaniałą okazję dla żołnierzy, którzy mieli już dość przeciągającego się oblężenia i przekładali rosyjską niewolę, gdzie mogli dostać ciepłą strawę, nad służbę w armii najjaśniejszego pana Franciszka Józefa I. Większość uciekinierów była pochodzenia ruskiego Zdarzały się jednak  przypadki dezercji wśród Rumunów, Czechów a nawet Węgrów.

Jeden z honvedów z węgierskiego 8 pułku został schwytany podczas próby dezercji. Karą za ten czyn rzecz jasna była kara śmierci. Biedny Madziar, któremu przyszło się już żegnać z ziemskim padołem, usłyszał z ogromnym zdziwieniem, że z łaski gen. Tamasy’ego został ułaskawiony i może wrócić do służby w swoim pułku. Okazało się, że oficerowie postanowili za wszelką cenę uratować życie biednego żołnierza i chociaż wyrok sądu wojskowego był bezlitosny i jednoznaczny zwrócili się do dowódcy 23 Dywizji Honvedów.

Pod datą 6 marca anonimowy oficer – autor pamiętnika znalezionego razem z  tzw.:„archiwum Molnara” wspomina o tym szczególnym wydarzeniu, udowadniającym, że nawet w warunkach krwawych działań wojennych, gdzie wydawałoby się, iż życie ludzkie nie ma żadnej wartości, istnieją wartości które nazywamy człowieczeństwem „…Było już godz.11.30 w nocy wręczyliśmy ją (petycję o ułaskawienie żołnierza)i Jego Ekscelencji (gen. Arpad Tamasy – dowódca 23 Dywizji Honvedów) który w ogóle nie chciał o tym słyszeć i nawet nie zamierzał czytać petycji. Ale kiedy spojrzał na nas, przypuszczalnie zorientował się z wyrazu naszych twarzy, że oczekujemy zupełnie czegoś innego poprosił o kodeks i po chwili czytania udzielił łaski, na co my powiedzieliśmy cicho „Niech żyje” i odetchnęliśmy z ulgą. Wszyscy ucieszyli się z takiego obrotu sprawy, bo przecież jest nas tak mało, że powinniśmy przebaczać nawet najgorszym złoczyńcom, mając nadzieję, że każdy dostrzeże swój błąd i stanie się dobrym i pożytecznym żołnierzem”.

Brak żywności, wyczerpanie spowodowane zimnem, liczne choroby były przyczyną częstych zgonów wśród załogi Twierdzy Przemyśl. W ostatnich dniach obrony przemyskich fortów ponad 24 tysiące żołnierzy było niezdolnych do pełnienia służby. Do dnia 10 marca poniosło śmierć w boju bądź zaginęło 4490 żołnierzy (F. Forstner „Twierdza Przemyśl” Warszawa 2000). Setki obrońców umierało z powodu wyczerpania organizmu bądź zamarzało w trakcie służby wartowniczej w okopach i na wysuniętych posterunkach. Dla przykładu wiadomo, że w dniach 8-10 marca 1915 roku zmarło 27 żołnierzy.

Z każdym dniem narastała świadomość, że upadek twierdzy jest coraz bardziej realny. Śmierć towarzyszy broni nie na polu bitwy, lecz z głodu bądź z zimna powodowały upadek morale wśród żołnierzy. Sytuację pogarszały również wiadomości o licznych aferach i szerzącej się korupcji wśród wyższych oficerów związanych z intendenturą. Jeden z jej szefów Rausch popełnił samobójstwo po ujawnianiu informacji o przekazaniu olbrzymich ilości żywności swojej kochance. Głośno było też o przyjaciółce gen. Tamasy’ego, czy o tzw: „księżniczkach-pilotkach”. Były to „damy do towarzystwa” umilające czas pomiędzy lotami przemyskim lotnikom. Zresztą w każdej kawiarni, restauracji, czy też zwykłej żołnierskiej kantynie pełno było pań lekkich obyczajów. Niejednokrotnie były to kobiety, które głód i nędza zmusiły do uprawiania nierządu. Tym bardziej że ceny żywności z dnia na dzień rosły w przerażającym tempie. Rozwijał się również handel wymienny. Za bochenek chleba dawano srebrne pierścionki i zegarki. W cenie było nie tylko pieczywo, drób, czy też wołowina, lecz również mięso z wszystkiego co żyło. Dla przykładu cena krowy wynosiła 1600 koron, kury – 48 koron, 1 kg koniny – 12 koron. Trudnym do zdobycia były psy w cenie 5 koron za sztukę i koty, za które płacono po 3 korony. Nie gardzono również mięsem myszy i szczurów. Za dziesięć szkodliwych, lecz „smacznych” gryzoni płacono jedną koronę.

Sytuacja ludności cywilnej była jeszcze gorsza. Szczupłe zapasy żywności, jeśli tylko się zachowały, były często zabierane przez wojskowe komisje, które konfiskowały ubogie zapasy w domach prywatnych. Ich działalność nasiliła się zwłaszcza w ostatnich dwóch tygodniach oblężenia. Wielokrotnie już wymieniana Helena z Seifertów Jabłońska wspomina pod datą 11 marca: „…Komisje chodzą teraz coraz częściej zabierając towar u ludności cywilnej. Zostawiają tak mało na głowę, że zaledwie na 8-10 dni wystarcza. Magazyny już nic nie wydają”.

Ludność cywilna dostawała przydziały żywności na podstawie kartek wydawanych przez starostwo. Następnie cywilny mieszkaniec Przemyśla musiał ją zanieść do intendentury, gdzie po przydzieleniu odpowiedniej ilości mąki, cukru, herbaty, soli, ryżu i innych produktów żywnościowych mógł ją odebrać po kilku dniach. Jednak tutaj dopiero się zaczynała „gehenna” cywila. Żywność wydawano w zależności od rodzaju w różnych magazynach rozrzuconych po wewnętrznym pierścieniu Twierdzy Przemyśl. Oddajmy jeszcze raz głos pani Helenie:, „… Jeśli już i tego szczęścia się dostąpi i kartkę dostanie trzeba z nią latać po wszystkich grupach magazynów, gdyż na każdej grupie wydają co innego. Mąka np. na Bakończycach, sól – inna grupa, cukier, ryż, kawa – inna, mięso inna, i t.d.. Grymasić nie wolno, trzeba brać co dadzą, płaci się z góry. Wymienić nie wolno np. jeden dostanie krupy (pęcak lub ryż), drugi 5 kg mięsa końskiego, ocet, zgniłej cebuli 30 dkg i 25 dkg fleischsmalz. Mąkę tak umniejszyli, że na głowę 5 kg na miesiąc, a cukier to już nawet na kostkę na dzień nie przypada, tłuszczu – 25 dkg, t.j. kawałki wielkości włoskiego orzecha, mięsa wędzonego, zalanego tłuszczem-tego razem 25 dkg, a gdy to się oddzieli, zostaje 2 łyżki. I to wszystko na cały miesiąc ma wystarczyć.

Przy tem dzieją się straszne nadużycia przy wadze, na każdy towarze ogromny procent brakuje. Dają także po 1 kg zwibacka ordynarnego. Ludzie to biorą chętnie. Rozparzy się gorącą, słoną wodą i jest zupa lub kolacja cała. Od wczoraj posyłam moją donnę rano i po południu. Stoi przed Festungskommando po 3-4 godziny i wraca z niczem. Rozpędzają ich. Są tacy co mdleją z głodu i znużenia przed Festungskommando. A w mieście już jajo po 1.5 kor., a kury niżej 60 kor. nie ma. Maruderzy, forszpani jedzą nawet surowe pastewne buraki. Cienie ludzkie się snują. Między niemi poznać tych co są dobrze zaopatrzeni lub co kradną bo twarze nie zapadłe  a cera zdrowa.”

Kolejne dni przynosiły sprzeczne doniesienia z pola walki. Prawdziwe wiadomości przeplatały się z plotkami. Zapewne część fałszywych informacji była rozpowszechniana przez rosyjskich agentów celem stworzenia zamętu wśród załogi i mieszkańców. Raz po raz wśród mieszkańców rozchodziły się pogłoski o nadciągającej odsieczy lub też o pociągach pełnych żywności. Innym razem obrońców elektryzowała fałszywa wiadomość o podpisaniu przez Kusmanka kapitulacji, na mocy której załoga mogłaby opuścić twierdzę z bronią, następnie połączyłaby się z armią polową. Te i inne fantastyczne wieści przynosząc chociaż cień nadziei na zakończenie tragicznej sytuacji stu kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy i cywili zamkniętych w kleszczach wojsk dowodzonych przez gen. Seliwanowa pomagały przetrwać kolejne tygodnie oblężenia.

Wojna toczyła się jednak dalej. Miasto i forty w dalszym ciągu były bombardowane z powietrza. Kolejne naloty miały miejsce 28 lutego, a także w dniach następnych. W niedzielę 28 lutego mieszkańcy miasta byli świadkami kolejnej walki powietrznej pomiędzy samolotem z twierdzy a rosyjską maszyną, która zrzucała bomby na centrum miasta. Również w pierwszych dniach marca samoloty rosyjskie kontynuowały naloty na miasto. Trzeba podkreślić, że chociaż straty materialne będące wynikiem rosyjskich rajdów powietrznych nie były wysokie, lecz częste i nękające naloty wrogich statków powietrznych zapewne wpływały bardzo negatywnie na psychikę obrońców i mieszkańców, zwłaszcza śródmieścia Przemyśla. Aby skutecznie zwalczać wrogie samoloty przystosowano działa do obrony przeciwlotniczej. Wiadomo, że na terenie miasta ustawionych było najprawdopodobniej 10 armat przeciwlotniczych. Do ostrzeliwania rosyjskich samolotów przerobiono również zdobyczne ciężkie karabiny maszynowe Maksim (8 ckm na podstawach przeciwlotniczych).

Lotnictwo z przemyskiej twierdzy doznało w ciągu II oblężenia ciężkich strat w wyniku udziału w walkach bądź przyczyn technicznych. Przemyska 11 eskadra straciła łącznie 12 samolotów, 7 pilotów zginęło bądź dostało się do niewoli. F. Forstner podaje, że tuż przed poddaniem twierdzy wiatr zniósł aż 4 balony obserwacyjne w stronę pozycji nieprzyjaciela, a 12 członków załóg dostało się do niewoli. Warto podkreślić, że dzięki lotnikom przemyskiej eskadry przemyska twierdza mogła otrzymywać pocztę i lekarstwa z zewnątrz, a samoloty startujące z lotnisk na terenie twierdzy stoczyły co najmniej kilkanaście walk powietrznych. Ważną rolę odegrały również balony obserwacyjne, dzięki którym w okresie obydwóch oblężeń udało się wykryć i zniszczyć wiele rosyjskich stanowisk artyleryjskich.

Od połowy lutego zaczęła gwałtowanie wzrastać aktywność wojsk rosyjskich. Szczególnie ciężkie boje toczono na stanowisku przedpola Pod Mazurami-Helicha. Po wielu  akcjach zaczepnych (12, 13, 18 i 19 lutego)  Rosjanom w dniu 13 marca udało się po ciężkich walkach zająć bardzo ważne dla obrony twierdzy stanowiska Na górach-Batycze. Zajęcie tych pozycji poważnie utrudniło obronę zewnętrznego pierścienia obrony, ponadto z nowo zdobytych pozycji artyleria rosyjska bez trudu mogła ostrzeliwać samo centrum miasta.

Sytuacja obrońców stawała się z dnia na dzień coraz trudniejsza. Groźba nagłego zdobycia Przemyśla i fortów przez Rosjan stała się bardzo realna. Kusmanek naciskany przez naczelne dowództwo podjął decyzję o próbie przerwania pierścienia wojsk oblężniczych. Kierunek uderzenia grupy wojsk złożonych z załogi twierdzy był zaskakujący. Komendant Twierdzy Przemyśl postanowił uderzyć w kierunku Mościsk i Sądowej Wiszni. Planowany kierunek uderzenia był sprzeczny z poleceniem AOK (naczelne dowództwo austro-węgierskie). AOK wybrało inny kierunek Lesko-Sambor, na którym to po przerwaniu linii rosyjskich grupa uderzeniowa z twierdzy miała połączyć się z armią polową. Generałowie w AOk byli zupełnie zaskoczeni decyzją Kusmanka o ataku osłabionych oddziałów z twierdzy w głąb pozycji rosyjskich. Sam dowódca Twierdzy Przemyśl następująco wyjaśnia swoją kontrowersyjną decyzję w swoich pamiętnikach; „Ponieważ przy ówczesnym stanie załogi twierdzy nie bardzo było możliwe dołączenie do własnej armii, chodziło mi głównie o to, by pójść gdziekolwiek i ewentualnie w takim kierunku, by zadać przy tym możliwie duże straty nieprzyjacielowi na tyłach jego armii polowej, niszcząc linie kolejowe, mosty, magazyny itp. Oraz takim kierunku, na którym znajdowały się niedaleko największe magazyny żywnościowe”( F. Forstner Twierdza Przemyśl Warszawa 2000).

fot.5.jpeg

Szarża kawalerii austro-węgierskiej na przedpolu Twierdzy Przemyśl – wł. MNZP

Heroiczną, a zarazem szaleńczą próbę rozerwania rosyjskich kleszczy wyznaczono na dzień 19 marca 1915 roku. Do zadania wyznaczono kombinowaną brygadę piechoty gen. mjr. Kloibera, 108 Bryg. Piechoty Posp. Rusz. płk. Martinka, 97 Bryg. Piechoty Posp. Rusz. gen. mjr. Wezera, kombinowaną  dywizję gen. dyw. Waitzendorfera. W tej specjalnej grupie wojsk, której zadaniem było wykonanie ataku wymagającego wręcz nieludzkiego wysiłku i odwagi nie mogło zabraknąć „lwów” przemyskiej twierdzy – żołnierzy 23 Dywizji Honvedów gen. Tamasy’ego. Po otrzymaniu dodatkowego przydziału konserw żołnierze wyznaczonych jednostek rankiem 29 marca mieli zająć wyznaczone pozycje. Niestety, wielu wygłodniałych obrońców wbrew zakazom oficerów zjadło już w godzinach rannych przydzielone konserwy, co spowodowało ciężki rozstrój żołądka i długotrwałą chorobę u większości, a niektórym zmarli w wyniku spożycia zbyt dużej ilości jedzenia po wielu dniach głodówki. Kolejnym czynnikiem utrudniającym planowane rozpoczęcie akcji była obfite opady śniegu. Zanim pierwsze oddziały szturmowe osiągnęły linię zewnętrznego pierścienia fortów setki żołnierzy zalegało w rowach, okopach. Idący w pierwszej linii honvedzi, atakujący w dziennym świetle na odkrytym terenie ginęli pod gradem kul rosyjskich karabinów maszynowych i broni ręcznej. Pomimo dzielnej postawy atakujących, żołnierzom z twierdzy nie udało się zdobyć nawet pierwszej linii okopów rosyjskich. Po siedmiu godzinach krwawej i beznadziejnej walki wyczerpane oddziały wróciły z powrotem do twierdzy. Na wschodnim przedpolu twierdzy pozostało tysiące rannych i zabitych żołnierzy. Wielu z nich zmarło nie od odniesionych ran, lecz z powodu wyziębienia organizmu. Waleczna 23 Dywizja Honvedów straciła prawie 70 % stanu swoich żołnierzy biorących udział w wypadzie.. Świadkowie i uczestnicy tamtych walk opowiadali, że ci, którzy przeżyli, z płaczem padali sobie w objęcia, mówiąc, że wrócili z piekła. Oddziałom biorącym udział w wypadzie nie dane było jednak odpocząć. Natychmiast zostali skierowani na swoje stare pozycje, ponieważ Rosjanie podjęli przeciwuderzenie i powstała realna groźba zdobycia twierdzy przez wroga. Jednak dzięki ostrzałowi artylerii fortecznej udało się powstrzymać atak Rosjan, którzy po zorientowaniu się, że istnieją nikłe szanse na wykonanie udanego kontrataku powrócili na pierwotne pozycje. W krwawym dniu 19 marca zginęło bądź dostało się do niewoli od 5 do 10 tysięcy żołnierzy z Twierdzy Przemyśl.

Zachęcony zwycięstwem Seliwanow rozkazał w dniu następnym szturm na wszystkich odcinkach opornej twierdzy. Rosjanie błędnie doszli do wniosku, że załoga Przemyśla jest tak już wyczerpana, że nie będzie w stanie obronić miasta i fortów. Po wielokrotnych, bezskutecznych szturmach krwawo odpartych przez obrońców 21 marca  rosyjski generał wydał rozkaz zaprzestania działań ofensywnych, nie wiedząc, że w tym czasie trwały już przygotowania ze strony dowództwa Twierdzy Przemyśl do poddania się. Stało się tak na wniosek AOK, które obawiało się, że twierdza wpadnie w ręce Rosjan w trakcie walk wraz z całym sprzętem, a co najgorsze z nieuszkodzonymi fortami. Byłoby to fatalne dla późniejszych działań wojsk austro-węgierskich w rejonie Przemyśla i próbie odbicia twierdzy.

Chociaż Kusmanek nadał telegram do naczelnego dowództwa z zapewnieniem kontynuacji obrony, jeszcze 20 marca AOK wysłało zwrotną depeszę o następującej treści: „Skoro ilość żywności uniemożliwia dłuższe utrzymanie, należy poddać się, a przed przekazaniem twierdzy zniszczyć cały sprzęt wojenny”.

fot.1.jpeg

Moment wysadzenia mostu drogowego rankiem 22 marca  - wł. MNZP

Rozpoczęły się przygotowania do poddania się Twierdzy Przemyśl. Następnego dnia 21 marca odbyła się narada dowództwa przemyskiej twierdzy, w wyniku której gen. Herman Kusmanek podpisał rozkaz operacyjny nr 234 o kapitulacji załogi przemyskiej twierdzy. Wszystkie forty, składy amunicji i część pozostałych obiektów militarnych miała zostać wysadzona w powietrze, również cała artyleria forteczna po wystrzeleniu amunicji miała zostać zniszczona. Podobny los na mocy rozkazu miał spotkać pozostały sprzęt wojskowy (telefony, kuchnie polowe, samochody, ciężarówki, furmanki). Żołnierze mieli obowiązek połamać karabiny, a zamki wyjąć i zakopać, amunicję należało zakopać bądź wrzucić do Sanu lub Wiaru. Rano 22 marca wszystkie jednostki miały opuścić stanowiska polowe, wcześniej niszcząc wszystko, co mogło przedstawiać jakąkolwiek wartość bojową.

fot.7.jpeg

Zniszczony austro-węgierski samochód ciężarowy – wł. MNZP

Wieczorem 21 marca artyleria rozpoczęła przerażający koncert z wszystkich dział, jakie miała do dyspozycji. Strzelano również z moździerzy 305 mm, których obsługi miały  dotychczas zakaz strzelania w nocy ze względu na możliwość zlokalizowania przez Rosjan stanowisk. Tej nocy jednak nie obowiązywały już żądne reguły maskowania się przed wrogiem. Rosjanie byli przerażeni, początkowo przypuszczali, że jest to przygotowanie artyleryjskie do kolejnego wypadu. Po wystrzelaniu amunicji wysadzono lufy dział. O świcie rozpoczęto wybijanie koni. Wielu żołnierzy miało łzy w oczach, gdy musieli strzelać do zwierząt, które tak dzielnie służyły im w najcięższych chwilach. Dewastowano samochody, palono furmanki, setki litrów ropy i benzyny wylewano do Sanu.

fot.9.jpeg

- Zniszczony fort IX Duńkowiczki – wł. autora

fot.10.jpeg

Zniszczony fort X Orzechowce – wł. MNZP

O godz. 6.00 ziemia zatrzęsła się w Przemyślu. Nad miastem unosiły się kłęby czarnego dymu. Z wielu domów siła wybuchu zmiotła dachy i powybijała szyby w setkach okien. Nastąpił ostateczny akord upiornego ranka. Eksplodowały ładunki wybuchowe podłożone w przemyskich fortach. Potężne, betonowe mury, pancerne wieże zamieniły się w morze gruzów. Jeden z jej obrońców podpułkownik Emil Rottenwald tak wspomina czas agonii Twierdzy Przemyśl: „…Punkt o 6 przed południem wyleciały w powietrze forty w potężnych słupach kurzu i dymu, składy amunicji wysadzały w górę snopy eksplodujących pocisków, mosty załamały się z hukiem – dumny Przemyśl, co nieugięty urągał przeważającemu liczbą nieprzyjacielowi był kupą gruzów.”

fot.8.jpeg

Zniszczony budynek radiotelegrafu w twierdzy – wł. MNZP

Tuż po zakończeniu akcji niszczenia sprzętu i wysadzenia w powietrze fortów w stronę kwatery Seliwanowa udało się dwóch parlamentariuszy  z dowództwa Twierdzy Przemyśl. Ppłk. Hubert i płk. Martinek zostali zatrzymani przez Rosjan i doprowadzeni przed oblicza generała Seliwanowa. Ten  nie chciał słyszeć o jakichkolwiek warunkach kapitulacji, żądał natychmiastowego i bezwzględnego poddania się załogi twierdzy.
W pewnym momencie życie obydwóch austro-węgierskich oficerów zawisło na włosku. Seliwanow był wściekły, że Kusmanek rozkazał zniszczyć wszystkie urządzenia forteczne Dowiedział się też o śmierci dwóch żołnierzy rosyjskich w trakcie niszczenia fortu IV Optyń. Na szczęście skończyło się tylko na spędzonej nocy  przez parlamentariuszy w areszcie rosyjskim. Rankiem następnego dnia oficerowie powrócili do Przemyśla.

fot.6.jpeg

Wejście pierwszego patrolu kozackiego do centrum Przemyśla – wł. autora

Około godziny 8 rano od strony fortu VI Helicha w kierunku miasta zaczęły nadciągać wojska rosyjskie. Do centrum Przemyśla jako pierwsze wjechały oddziały Kozaków. Oto jak  spotkanie ze zwycięskimi Rosjanami i pierwsze godziny niewoli wspomina jeden z oficerów broniących Twierdzy Przemyśl”: „…Gdy z moją kompanią po zniszczeniu tego, co można było zniszczyć, przybyłem na wyznaczone mi tymczasowe miejsce postoju w okolicy „Sanockiej Bariery”, zastałem tam już siedzących żołnierzy innych oddziałów bez broni, tylko z chorągiewkami w ręku, którzy oczekiwali przybycia Rosjan […] Niedługo trzeba było czekać na Rosjan. Wnet ukazali się kozacy na małych nie podkutych koniach w ósemkach, całą szerokość drogi Sanockiej zajmując. Dziwny kontrast tworzyli ci jeźdźcy o rumianych, „spasionych” twarzach w porównaniu z wychudłym i bladym żołnierzem Twierdzy i nieproporcjonalnie małym wydawał się ten stepowy dreptający konik do rosłego jeźdźca, który na nim siedział.[…]

fot.4.jpeg

Oddziały kozaków na jednej z ulic Przemyśla -22 marca 1915 roku – wł. MNZP

Długi był korowód kozaków. Gdy się skończył, wydano rozkaz, byśmy pomaszerowali za Sanocką Bramę. Tu na obszernym wygonie po prawej stronie drogi zajęliśmy miejsce; biwakowała tu już rosyjska piechota […]. Długo czekaliśmy na łące, rozkaz powrotu do miasta. Wyznaczono nam jako kwaterę jeden budynków szkoły – nazwy jej nie pomnę – pobliżu zabudowań straży pożarnej nad Sanem”. 

fot.3.jpeg

Oficerowie rosyjscy i austriaccy w kawiarni „Habsburg” w pierwszych dniach okupacji rosyjskiej - wł. autora

W niedługim czasie również do kwatery Kusmanka dotarli rosyjscy żołnierze. Jeden z oficerów w randze kapitana sztabowego zażądał od dowódcy twierdzy, aby ten oddał swoją szablę. Kusmanek po początkowym sprzeciwie uległ i położył szablę na stole przed sobą. Po pewnym czasie do kwatery byłego już komendanta Twierdzy Przemyśl przybył dowódca rosyjskiej 81 Dywizji Rezerwowej, który zwrócił szablę  austro-węgierskiemu generałowi. Następnie Rosjanin poprosił o wybaczenie. Tym szlachetnym akcentem zakończyło się dowództwo Kusmanka w twierdzy nad Sanem. Podzielił on los pozostałych 8 generałów, 93 oficerów sztabowych, 25000 oficerów i urzędników administracji wojskowej wreszcie tych, którzy bronili twierdzy: 117 tysięcy oficerów, żołnierzy i robotników wojskowych. Dla nich wojna się już skończyła. Część z nich wróciła w roku 1918 do swoich domów. Niestety, wielu z nich na zawsze spoczęło w ziemi na cmentarzach w centralnej Azji lub dalekiej Syberii. Wraz z żołnierzami Rosjanie wywieźli około 4000 cywilnych osób z Przemyśla.

fot.2.jpeg

Jeńcy austriaccy w Przemyślu w dniu 22 marca 1915 roku - wł. MNZP

W lasach i na polach, na polowych cmentarzach spoczęło tysiące żołnierzy obydwóch armii. Przypuszcza się, że w czasie II oblężenia w obydwóch armiach zostało rannych bądź zabitych łącznie około 100.000 żołnierzy (Rosjanie 40-50.000 żołnierzy, Austriacy-35-50 tysięcy żołnierzy).

Zwiedzając forty Twierdzy Przemyśl pamiętajmy nie tylko o architekturze militarnej, różnych typach broni użytej przez obydwie armie, lecz również o ludziach, którym przyszło żyć i umierać w przemyskiej twierdzy. Podczas każdej, kolejnej rocznicy kapitulacji Przemyśla  wspomnijmy również o tysiącach mieszkańcach miasta i okolic zmuszonych do opuszczenia rodzinnego miasta i wsi i tych, którym przyszło zginąć w wojnie pomiędzy zaborcami.

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl