9.8 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Poezja, Przemyśl, Śmierć

aut. Zbigniew Janusz, „Nasz Przemyśl”, styczeń 2008 (Nr 40)

„Umarł poeta i nic się nie stało, czy w tym szaliku do trumny go włożą” – tak po śmierci Stanisława Grochowiaka zaczynał okazjonalny wiersz Tadeusz Piekło. W koleżeńskim kręgu podśmiechiwaliśmy się z owej troski Tadka o osamotniony przez śmierć „szalik poety”. Nikt nie był wówczas wolny od naszych żartów i koleżeńskich kpinek, czemuż więc folgować mieliśmy akurat Jemu. Wręcz przeciwnie: im wyżej, tym częściej i dowcipniej. Nie zapomnę jak z Romkiem Lisem siedzieliśmy w Empiku mozoląc się nad listem od kandydata na literackiego debiutanta, a jeszcze dłużej nad „jego wierszem”. No i poszła owa przesyłka do „Życia”. W kilka dni później śmialiśmy się we trzech z kawału podczas sobotniego dancingu w Egerze.

Tadek był dla mnie najpierw nieznanym osobiście poetyckim wzorem, z klasycyzującą formą, oryginalnymi rymami. Ukazywał miejsca znane mi od dzieciństwa, z których nigdy bym nie spodziewał się wyłuskać aż tylu prawd i metafor. Później bliskim kolegą, przyjacielem, powiernikiem. Niejednokrotnie zazdrościłem mu podczas spotkań autorskich łatwości wygłaszania i oczywistości myśli i sądów. Bez względu na to czy je podzielałem. Zawsze nienagannie ubrany, zadbany, pewny siebie, z niewielką dozą pobłażliwości dla młodych twórców, co nie ubliżało nikomu z młodych, a już z pewnością nie mnie, ściskającemu w dłoniach pierwsze własne wierszyki, chciwie i niecierpliwie oczekującemu, aż któryś ujrzy światło dzienne. Bo na publikacje wówczas byłem wyjątkowo łasy. Odkąd Jan Grygiel publicznie wykpił mój natchniony wierszyk, jaki wysłałem do Widnokręgu, dodatku kulturalnego rzeszowskich Nowin, przez wiele miesięcy nie odważałem się niczego ze swych próbek nigdzie proponować, a uraz do tytułu pozostał na zawsze. Później na szczęście Przemyśl już miał swoje pismo i możliwość publikacji. Tadek Piekło, prowadzący kącik poetycki, miał zgoła odmienny styl kontaktów. Dla środowiska była to praca organiczna, od podstaw. Zachęcał, pomagał, radził, wreszcie gdy uznawał, że już czas - publikował. I wierny tej zasadzie, jak też odpowiedzialności za „swego debiutanta”, po kilkunastu latach pomógł mi przekroczyć Rubikon – łamy Poezji.

Najważniejsze jednak było niemal równocześnie z „Życiem” Zniesienie, do którego trafiłem początkiem lat siedemdziesiątych, poznałem niemal wszystkich je współtworzących, oprócz spotkanego wiele lat później Franka Ceglaka. Zawsze zachwycały mnie strofy Józka Kurylaka snute z wielką delikatnością, wrażliwością i dogłębną znajomością ludzkiej natury, ukazujące wszystko czego w nim samym ani spodziewałem się znajdywać. Szanowałem spostrzeżenia poetyckie Władka Włocha, wielorakość jego specyficznej metaforyki, zaskakiwał i bawił mnie bodaj najbardziej ruchliwy i poszukujący własnej formuły podmiot liryczny Romka Lisa. Najbliższa jednak była mi przez długi czas poezja Tadka Piekły. Nie byłem, ani mimo kilku okazji nie chciałem być w Jego rodzinnym Niechobrzu. Może i stąd, by nie konfrontować rzeczywistości z jej poetyckim przekazem. Wielbił swą wiejską przyrodę po swojemu, kwitnące sady, trawę, koniczynę, owies, pojone w Sanie konie, rdzewiejące krzyże i bielone kapliczki, od jakich polska wieś od wieków nie jest wolna. Nie było w jego strofach sztucznych zachwytów, poetyckich westchnień, w których nie rozróżnisz astmy od orgazmu. To była naturalna, ale i zabijająca tęsknota przesadzonego na obcy grunt drzewa, znana zapewne tylko przesiedleńcom i emigrantom. Tam zawsze rodziło się i trwało to, co nieporównywalne z żadnym zakątkiem świata życie. Mocno „ściemniało się” jednak, kiedy wchodziło w ów pejzaż alter ego, niby drugie, a jednak ważniejsze ja. Między wersy wpychał się pesymizm, nieuchronność śmierci, ku której maszerował jednokierunkowym traktem. Już w 10 lat od debiutu, w 1967 roku Tadek w znanym poemacie zaczął „liczyć szczęśliwych” i przez kolejnych 40 lat znalazł niewielu. 

Miłość, często jedyna inspiracja po równi poetów największych jak i grafomanów, jakby nie miała do Tadka jednoznacznego i wszechogarniającego dostępu, nie była sprawcza. Niektórzy miewali liczne i jednakowo ważne muzy, skutecznie podnoszące literacką jakość metafor. Tadek, jak myślę, w twórczości na to planowo sobie nie pozwalał, jeśli nawet gdzieś po sąsiedzku wbijał gwoździe. Józef Nowakowski w obszernym wstępie do „Znaku tożsamości” zauważył, że: „Piekło jest także dobrym poetą – erotystą. Zmysłowa i romantyczna prawda miłosnych doznań jawi się w jego wierszach także w oprawie przemijania, w twórczym i niszczącym wymiarze”. To językowo karkołomne stwierdzenie jednak nawet rękodzielnika poruszyć nie jest w stanie, a tyle ma z erotyzmem wspólnego, że jest do dupy. 

Czasem zachodziłem z Tadkiem do „Fryca” na zakąskę, z reguły mocno rozrzedzaną, w której kosztach nie pozwalał mi nigdy partycypować, przed czym „z szacunku dla starszego” nie broniłem się, a gdzie Jego połowica pracowała jako kelnerka. W tej scenerii, hałaśliwej i z reguły pełnej obsadzie łatwiej było pisać strofy o wyniszczającym codziennym trudzie, niż podlegać wzniosłym natchnieniom.

Dziś myślę, że Tadek miał trzy niepodważalne miłości życia. Pierwszą była Poezja., nie tylko ze wzniosłym aktem tworzenia, ale i z konsekwencjami bycia Poetą, co Tadek wyraźnie lubił. W jej strofach była kolejna miłość - Przemyśl. Trzecia chadzała w białej pelerynie z kosą na ramieniu. I ta była mu najwierniejsza, szła z nim krok w krok przez pół wieku. Reszta była prywatnością, a tej Tadek nie dawał za żadne honoraria.

Warszawa była najważniejsza w Jego życiu zawodowym, dała mu pracę w prasie centralnej, szlify oficerskie, szczęśliwe małżeństwo i „stołecznego” potomka, liczne i znaczące kontakty twórcze, znaczące przyjaźnie i tak dalej i dalej, łącznie z lekko snobistyczną centralną wspólnotą. Jako miasto jednak w Jego strofach nie istniała znacząco, zauważalnie, a może i wcale.

Nie zdążyłem odwiedzić go w Przemyślu, przy Smolki, w przerobionym c.k. odwachu, gdzie mieszkał, może i w celi Szwejka, gdzie przy sporej kolekcji płyt z muzyką poważną powstawały wiersze przemyskie. Poznaliśmy się na bodaj trzy lata przed powołaniem mnie do wojska, gdy wyszedłem do cywila, Tadek już był na warszawskim Bemowie. Tam gościłem wiele lat później, a przed zaśnięciem rozegraliśmy kilka partii szachów, których efekt przemilczę, bo i Tadek był bardzo mocnym graczem, znanym i cenionym jeszcze w Przemyślu. Ale to był już bodaj 2003 rok, obaj byliśmy uczestnikami Zjazdu ZLP, co napawało Tadka szczególną satysfakcją. W kilka lat później napisał wiersz „Końcówka” a w nim: „wszystkie znaczące figury są już poza placem gry, figura miłość, figura gniew, figura pożądanie, pozostał tylko nagi król”.

Tadek debiutował, gdy ja przymierzałem swój pierwszy tekturowy tornister, umarł, gdy mój najmłodszy syn odbierał indeks. Czy Jego najpiękniejsze wiersze znane będą póki trwać będzie Przemyśl, to już pytanie nie do mnie, a kolejnych, nieznanych nam wszystkim pokoleń.

 

Tryptyk przemyski

(fragment)

 Poeta I

Miasto w promocjach, oficerach

biskupach, krzyżach, prominentach –

bezbronne ciało rozpościera

pod wiatrem, który wschód pamięta.

 

Omińmy zamek, kancelarie,

kasztany, dzwony i azalie;

wstrzymajmy nieskuteczny pościg

za małym snem rzeczywistości.

 

Nie starczy życia, aby złożyć

to, co zostało rozsypane.

Więc po co pysznić się i trwożyć

skazanym na powszedni kamień.

 

Lecz lata, których nie przeżyję

podejmij i nie porzuć broni

mierzącej prosto w serce miasta.

 

Nim przejdziesz ogród swój, pod gwiazdą

kwiatu jabłoni – stań przypomnij:

Ulicę pochyłą jak sztylet.

 

Ulicę pochyłą jak sztylet.

 

Dzika koniczyna

Powolne, wieczne pszczół krążenie

śród trawy, błagającej wody.

Nad Sanem, rozebranym z cienia

olśniewająca słońca słodycz.

 

Zwełnione, zalesione wzgórza,

białych piór ścianą zaścielone.

Południe w rzekę się zanurza,

wsłuchane w bliskie, ciemne dzwony.

 

Dopalające się pragnienia

gasną w wesołym śmiechu dzieci.

Są odpuszczone wszystkie winy.

 

Pszczoła wciąż kwiat na kwiat zamienia.

Toniemy, biedni miejscy święci

w zapachu dzikiej koniczyny.

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl