13.7 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Wojna o trupy wuja z bratankiem

aut. Lucjan Fac, „Nasz Przemyśl”, lipiec 2007 (Nr 34)

Nierząd wszystkie obyczaje psuje, na których miejsce nastąpiły srogie zbrodnie, mężobójstwa, gwałty, łupiestwa, mordy, z rusznic zabijania, wszeteczeństwo, krzywoprzysięstwo, zbytki, utraty, i innych wiele szkaradnych występków.

Słowa te wypowiedział zaraz po koronacji, w uniwersale do szlachty polskiej Stefan Batory. Już sam fakt, że nie był on synem narodu polskiego, pozwala określić te słowa za bezstronną próbę oceny stanu praworządności w Rzeczypospolitej. Rejestr przewin, jakie rozpleniły się w Polsce, a które wyliczył Batory, zaiste powalał z nóg. Czy ten, obiektywnie piszący Siedmiogrodzianin, dostrzegał przyczyny takiego stanu rzeczy? Wydaje się, że tak. Przyczyn upadku praworządności, upatrywał w… bezkarności

Nie sprowadzał ich do braku prawa. Prawa były! Co prawda dorywcze, niedostateczne, niestanowcze, niejasne i pełne niekonsekwencji, ale to było mniejsze zło, stokroć większym było to, że były bezsilne, że istniejąc a nie działając, już samym tym martwym swoim istnieniem robiły niekiedy więcej szkody, niż gdyby ich wcale nie było, niż gdyby bieg spraw społecznych pozostawiony był samym instynktom moralnym ludzi, przyrodzonemu ich sumieniu i wyrabiającym się z społecznej konieczności zwyczajom. Bo przychodziło do tego, że kto chciał, aby prawo było wykonane, sam je wykonywać musiał, a wtedy nie mogło być inaczej jak tylko, że prawa stawały się pozorem, legalnym tytułem występków, narzędziem gwałtu, środkiem przemocy, sankcją samowoli.

Od 1565 r. sądy pierwszej instancji, zarówno w Koronie jak i w Wielkim Księstwie Litewskim były jednakowe. Były to sądy ziemskie, grodzkie i podkomorskie. Sąd ziemski rozstrzygał w zasadzie wszystkie sprawy cywilne i karne szlachty osiadłej, poza zastrzeżonymi dla sądów grodzkich. Składał się z sędziego, podsędka i pisarza. Wszyscy musieli pochodzić ze szlachty osiadłej w okręgu sądu i pełnili swój urząd dożywotnio. Sąd  ziemski objeżdżał całe województwo, tak żeby w każdym powiecie trzy razy do roku odbywały się roki. Należało więc objechać województwo trzy razy do roku.

Sąd ziemski (S. Sarnicki, Statuta i metryka przywilejów koronnych, Kraków 1594)..jpeg

Sąd grodzki był w zasadzie sądem karnym. Rozpatrywał sprawy związane z naruszeniem spokoju i bezpieczeństwa wewnętrznego. W szczególności należały do nich tak zwane cztery artykuły grodzkie: gwałt, podpalenie, rozbój na drodze i najście cudzego domu. Sądem kierował starosta, chociaż często wyręczał się podstarościm. Obok niego w sądzie zasiadał sędzia grodzki oraz pisarz grodzki. Pozew do sądu można było podać w każdej chwili; roki odbywały się co miesiąc. Sędzia prowadził śledztwo i przygotowywał proces, referował, a wyrok podpisywał podstarości lub w ważniejszych wypadkach starosta. Sąd grodzki posiadał prawo „Miecza”, czyli mógł skazać na karę śmierci. Przy każdym sądzie grodzkim było więzienie. Można było w nim odbywać dwojakie kary: zwyczajne tzw. „hańbiące” i tzw. „wieżę” karę niehańbiącą (za przestępstwa popełniane bez złej woli, zwłaszcza w sprawach porządku publicznego). Na terenie całej Korony Królestwa Polskiego kara śmierci groziła za gwałt, podpalenie, mężobójstwo i rozbój. Ostatnią trzecią grupą sądów pierwszej instancji były podkomorskie. Kierowane przez podkomorzego, rozstrzygały spory graniczne posiadaczy gruntów. W ramach przewodów sądowych, podkomorzy wytyczał granice dóbr i nanosił je na mapę.

Szlachcic-zajazdowiec (według współczesnego sztychu G. Luykena w zbiorach Pawlikowskich)..jpeg

Na terenie ziemi przemyskiej funkcjonowały wszystkie trzy rodzaje sądów. Ich siedzibą był oczywiście, co nie oznacza, że zawsze, zamek przemyski. Z tym, że sąd ziemski orzekał na objazdach wszystkich powiatów, czyli na tak zwanych roczkach powiatowych. W XV wieku ziemia przemyska podzielona była na 11 powiatów: przemyski, drohobycki, jarosławski, krzeszowski, leżajski, łańcucki, mościcki, przeworski, rzeszowski, samborski i stryjski.

Wydarzenie, jakie miało miejsce w Przeworsku i Przemyślu w roku 1604, nie ma sobie według posiadanej przeze mnie wiedzy równego w annałach polskiego wymiaru sprawiedliwości. Tym bardziej, że dotyczy jednego z najznamienitszych rodów ziemi przemyskiej – Ligęzów, a szczególnie, zasłużonego dla kraju Mikołaja Spytka Ligęzy – kasztelana sandomierskiego, osoby niezwykle bogatej, a do tego rzecz niezwykła dobrej i wyrozumiałej. Żył 100 lat (75 ?) (ok.1562-1637) i zmarł pochowawszy wcześniej swych synów. Po kądzieli Rzeszów przeszedł wtedy w ręce Lubomirskich.  M.S. Ligęza był doskonałym gospodarzem swych olbrzymich włości: Gorzyc, Dąbrowy, Skotnik, Głowy, Sędziszowa, dóbr rzeszowskich (po żonie Zofii Rzeszowskiej), po trzeciej żonie Zofii Krasińskiej uzyskał klucz krasiński (Krasne). W sprawach majątkowych był bardzo konsekwentny, co doprowadziło m.in. do walki ze swym bratankiem Andrzejem (z Piotraszówki- obecna Boguchwała), który oskarżył stryja o niesprawiedliwy podział majątku jego ojca Jana wojskiego sanockiego, którego opiekunem był kiedyś Mikołaj. Zarzuty bratanka Andrzeja, Mikołaj Spytek Ligęza odrzucił, co doprowadziło do otwartej wojny domowej, która obok wojny Drohojowskich ze Stadnickimi należała do największych i najkrwawszych w historii ziemi przemyskiej. Zwana jest dla odróżnienia wojną przeworską. Wcześniej obie strony dokonały najazdów na swoje posiadłości, z tego Andrzej dwukrotnie. Mikołaj oddał sprawę do sądu (ziemskiego), wytoczył proces, który miał się odbyć w Przeworsku w 1604 r (roczki sądowe ziemskie). Obaj Ligęzowie stawili się na proces, tylko że Andrzej wcześniej z trudną do określenia liczbą żołnierzy obsadził w mieście najważniejsze budynki, a największą murowaną kamienicą zamienił dosłownie w twierdzę. Mikołaj nieco się spóźnił, ale przyprowadził za to ze sobą około 900 wojska, w tym artylerię i zajął przedmieścia. Opis przedstawiony przez Łozińskiego, w oparciu o Akta Grodzkie i Ziemskie, szczególnie zeznania samego Mikołaja Spytka Ligęzy nie można uznać za w pełni obiektywny, podobnie zresztą jak i Andrzeja. Zaczęło się od lżenia, potem Spytek przeszedł do ataku, następnie do regularnego oblężenia (być może z użyciem przyprowadzonych armat), podczas którego o zwołaniu sądu mowy być nie mogło. Szczęście sprzyjało Andrzejowi, który przez cały dzień zabarykadowany w swej gospodzie bronił się jak lew. Nad ranem udało mu się wymknąć z Przeworska. Udał się co sił do Przemyśla, by tam przed sądem grodzkim zaprezentować swoje krzywdy i okrucieństwo Spytka. Spytek musiał się liczyć z faktem, że gdy przed sądem przemyskim pojawią się ze sprzecznymi zeznaniami, to o zajściu będą świadczyły namacalne dowody, a tymi były przecież zwłoki. Nie można było do tego dopuścić, ruszono więc w pogoń.

W efekcie doszło do bitwy o trupy, będące dowodem w sprawie. Faktem jest, że Spytek miał po swojej stronie 6 zabitych (o rannych się mówiło, nikt ich jednak nie ewidencjonował, było to bowiem zbyt oczywiste). Straty Andrzeja były dużo większe. Wiemy, że wywiózł z Przeworska 21 trupów. Gdyby na zamku przemyskim dokonał przed sądem grodzkim prezencji aż 21 zwłok, Mikołaj oskarżony by został o 21 krotne mężobójstwo! Oczywiście Mikołaj, jako kasztelan, znał doskonale prawo i wiedział czym taka prezentacja może się  skończyć. Wątpliwe co prawda, żeby w samym Przemyślu został aresztowany, mając w asyście 900 ludzi z artylerią, ale niesława by pozostała. No cóż, sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. W trakcie pogoni ludzie Spytka dopadli pod Urzejowicami osłaniający kolumnę wozów wiozących trupy, oddział Andrzeja. Dysponując ogromną przewagą Spytek odebrał Andrzejowi 15 spośród 21 trupów i również skierował się do Przemyśla. Teraz siły przed sądem były wyrównane. Jak się zakończyła ta głośna w całej Rzeczypospolitej sprawa, tego nie wiemy. Akta sądu grodzkiego i ziemskiego na ten temat już milczą. Prawdopodobnie musiało dojść do zgody pomiędzy Mikołajem i jego bratankiem. Być może rękę do zgody podał Mikołaj Spytek i być może dlatego, że był starszy i rozsądniejszy? A być może dlatego, że do rozstrzygnięcia dojrzewał już stary spór z Diabłem Stadnickim. Nota bene skończył się szturmem przez Ligęzę gospody Stadnickiego w Przemyślu. Następnie walka przeniosła się na most przemyski, gdzie w walce padło po jednym trupie (ranni jak zwykle w takiej rozgrywce się nie liczyli). Tym razem do zakończenia sporu dążył Stadnicki, ponieważ przygotowywał się do ataku na Korniakta w Sośnicy.

W kościele o.o. Bernardynów w Rzeszowie, gdzie jest pochowany, na pomniku nagrobnym klęczy z rękami złożonymi w modlitwie, mimo swoich jakoby 100 lat wygląda bardzo przystojnie, z bródką i podgoloną wysoko głową według ówczesnej rozpowszechnionej w Sarmacji mody przez znanego zabijakę, a strażnika koronnego Samuela Łaszcza (1590-1649). 

Mikołaj Ligęza (pomnik alabastrowy w kościele oo. Bernardynów w Rzeszowie)..jpeg

Ponieważ Spytek przeżył swoich synów, majątek przypadł w udziale córkom: Pudencjannie – żonie Dominika Zasławskiego i Konstancji – żonie Jerzego Lubomirskiego-marszałka wielkiego i hetmana wielkiego koronnego-rokoszanina zmarłego w 1667r.

Mimo że w spadku odziedziczyły spore sumy i włości: Pudencjanna Ostrogska- jeszcze we wianie 70 tys. zł. posagu, a po śmierci ojca jeszcze 100 tys. otrzymała Rzeszów i 39 wsi przeważnie w ziemi przemyskiej (wartość obliczana na 700 tys. zł), Konstancja Lubomirska otrzymała 25 wsi w Krakowskiem i Sandomierskiem. Najszybciej na sprawy majątkowe zareagował ks. Władysław Ostrogski, który natychmiast zajął Rzeszów i swoje dobra. Obydwie siostry zdumiała mała ilość klejnotów, jakie znaleziono w zamku. Rozpoczęły się poszukiwania i spory. Ostatecznie w zamku w Dąbrowie znaleziono zakopane cztery okute skrzynie z pieniędzmi i kosztownościami na sumę łączną ok. 102 200 zł, a nieco później w innych skrytkach zamku jeszcze ok. 20 tys. dukatów, czyli ok. 100 tys. zł.  I to było mało, więc siostry oskarżyły wdowę po ojcu o następne sumy.