6 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

LEGENDA o przemyskim utopcu i małym chłopcu imieniem Radko

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, lipiec 2007 (Nr 34)

Dawno, dawno temu, w czasach króla Kazimierza Wielkiego, stojąc na szczycie Kopca Tatarskiego, zobaczylibyśmy zapierający dech w piersiach widok doliny Sanu oraz ostrowia na rzece. Takim mianem nasi przodkowie określali wyspę. Ostrów ów był w miejscu, gdzie dziś nad lewym brzegu Sanu rozłożyła się podprzemyska wieś Ostrów. Zresztą w  owych czasach też była tam niewielka osada. Mieszkał w niej chłopiec imieniem Radosław, lecz na co dzień wołano na niego po prostu Radko.

Podobnie jak wszyscy chłopcy, kiedy tylko majowe słońce zaczęło odbijać złociste promienie w lustrze rzeki, biegł nad brzeg Sanu, aby patrzeć na flisaków, którzy spławiali rzeką drewniane bale z bieszczadzkich lasów. Jego marzeniem było popluskać się w nurtach Sanu. To nic, że woda o tej porze roku była jeszcze chłodna, gorące majowe słońce na pewno by Radka ogrzało. Jednak, za nic w świecie nie wszedłby do wody. Niestety, on i inne dzieci miały zakaz od swoich rodziców wchodzenia do rzeki. Dzieci wyjątkowo chętnie słuchały starszych w tej sprawie, ponieważ w głębinach rzeki czyhał na niesforne dzieciaki rzeczny stwór zwany wodnikiem lub utopcem, a następnie porywał je i więził na wyspie na środku Sanu. Rybakom przecinał sieci, wywracał łodzie, a kiedy kobiety rozkładały pranie na brzegu, kradł je, następnie wywieszał niczym chorągwie na krzakach rosnących na ostrowiu. Nocami zakradał się do miejskiej studni w rynku przemyskim – wyjąc i jęcząc, straszył mieszczan. Bywało, że i w dzień przemyskie przekupki i kupcy bali się czerpać wodę ze studni, bo utopiec jęczał i chichotał schowany na samym dnie studziennym.

osada nad Sanem.jpeg

Radko chętnie słuchał opowiadań o wodniku - utopcu, choć sama myśl o spotkaniu z rzecznym stworem napawała go niebywałym lękiem. Pewnego wieczoru ojciec chłopca idąc nad rzekę pośliznął się na mokrych, nadrzecznych kamieniach i złamał nogę. Radko jako najstarszy syn musiał zastąpić ojca i pójść samemu nad San wybrać ryby z zastawionych sieci. Z drżącym sercem, kiedy już słońce chowało się za wzgórzami chłopiec podążył nad San. Ostrożnie zanurzył stopy w nagrzanej za dnia przez słońce wodzie. Pewnymi ruchami, tak jak go uczył ojciec, wyciągał sieci pełne ryb na brzeg. Wtem poczuł, że ktoś lub coś nie pozwalało, aby sieci  zostały wyciągnięte z nurtów rzeki. Radko, chodź strach powoli paraliżował go od stóp do czubka głowy, ostrożnie poszedł w kierunku, gdzie, jak mu się wydawało, sieci zahaczyły o kamień. Gdy zanurzył ramiona w ciemną toń wody, usłyszał chichot dobiegający jakby z dna i nagle poczuł, jak coś mocno chwyta go za ręce i ciągnie na sam środek Sanu. Radko próbował opierać się, lecz tajemnicza istota była o wiele mocniejsza od małego chłopca i po chwili znalazł się pod brzegiem ostrowia – co dziwniejsze, przez cały czas nie tonął, lecz unosił się na wodzie, podtrzymywany  przez dwoje silnych ramion, zakończonych dłońmi z błonami pomiędzy palcami. Chłopiec zrozumiał wówczas, że tajemniczą istotą jest utopiec. Ze strachu zamknął oczy i nie wiedząc kiedy, otoczyła go dziwna mgła, cały świat zawirował i wokół niego zapadła ciemność.

Kiedy odzyskał przytomność, nie wiedział, gdzie jest i ile czasu minęło od chwili, gdy utopiec porwał go i uniósł w kierunku ostrowia. Był wczesny ranek, a on leżał w wilgotnej , ciemnej jamie w stromym, gliniastym brzegu wyspy. Jego stopy obmywała woda, ponieważ wylot jamy wychodził wprost do samego Sanu. Kiedy promienie słońca rozświetliły wnętrze więzienia, zobaczył, że wyjścia z jamy pilnuje siedząca, skulona sylwetka wodnego stwora. Ze strachem, ale i z ciekawością Radko oglądał  utopca. Ta postać, której tak bardzo wszyscy się bali, w istocie nie wyglądała straszliwie. Był to niewielkiego wzrostu człowieczek o przydługich ramionach z wielkimi dłońmi, bardziej przypominającymi rybie płetwy niż ludzkie dłonie. Krótkie nogi kończyły się stopami, które na pewno lepiej służyły do pływania, niż do chodzenia. Skóra wodnika była prawie jak u człowieka, różnica polegała na tym, że w ciemnościach przybierała ciemnozieloną barwę. Ubrany był w stare, czerwone nogawice i poszarpaną zieloną koszulę. Twarz utopca nie budziła lęku. Wielkie, zdziwione oczy, mały, zadarty nos i spiczaste, włochate uszy nie budziły  strachu. Głowa porośnięta była długimi, splątanymi, zielonymi włosami, w których można było zobaczyć zaplątane muszle małży i wodorosty.

utopiec.jpeg

Gdy tylko Radko zaczął poruszać zdrętwiałymi rękami, utopiec odezwał się do niego skrzeczącym głosem:

- Witaj! Moje oczy widzą, że już się obudził chłopiec, może jesteś głodny mały człowieku? Masz tu świeżą, pyszną rybkę i parę małży, wody ci tu dostatek – dodał utopiec chichocząc.

Radko spotrzegł, że u jego stóp spadła surowa ryba. Domyślił się, że jest to ryba z sieci jego ojca. W tej chwili bardzo zatęsknił za rodzicami, domem i zrozumiał, że jest w niewoli u utopca. Lękał się o swój przyszły los. Nie wiedział, co go czeka i czy ujrzy jeszcze swoich bliskich. Chłopiec postanowił zapytać się samego wodnika o swój los:

– Wodniku, co chcesz ze mną zrobić?  Nie czyń mi krzywdy, wypuść mnie, proszę! –

Utopiec  zbliżył się do chłopca i jęcząc rzekł: – Człowieczku! Ja  nie chcę nic zrobić złego. Ja jestem sam, sam jak mój samotny ostrów na Sanie. Ty mi będziesz towarzyszyć w dzień, kiedy siedzę samotnie tutaj. Zresztą, zobaczysz później- jest was dużo. Nie będziesz sam, w czasie, gdy będę psował dużym ludziom sieci, wywracał łodzie i straszył baby i mieszczan w grodzie. Tfu! Jak ja nie lubię ludzi!

Radka aż dreszcze przeszły, gdy usłyszył jęki i śmiech utopca towarzyszące jego mowie.

- Ale dlaczego tak nie lubisz nas – ludzi?! Przecież nikt nie uczynił tobie żadnej krzywdy - powiedział chłopiec do zielonego stwora. Utopiec spojrzał na Radka i odpowiedział:

- Nie zrobił krzywdy, nie zrobił krzywdy, a kto mnie ciągle przepędza, kradnie moje ryby z rzeki, brudzi wodę praniem waszych ubrań. No, kto?! A zresztą nikt nie chce ze mną gadać, bawić się. Jestem samotny. Od wieków ludzie tylko uciekają i krzyczą widząc mnie : Utopiec! Gdy jakiś dorosły  lub dziecko tonie, ja płynę i ratuję, a potem, gdy mnie kto zobaczy, krzyczy: Utopiec, utopiec! - to on chciał zabrać mnie do wody, do swego królestwa – przerwał wodnik, jęcząc i chichocząc.

Po  dłuższym czasie utopiec znowu się odezwał: -  Oto masz moje królestwo, mała wyspa, w niej ciemna jama, w której mogę się schować przed ludźmi.

Radko zrozumiał, że wodny stwór jest  bardzo samotny i nieszczęśliwy i podobnie jak ludzie, czując się tak podle, psoci i dokazuje, chcąc w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Chłopiec nie wiedział dalej, gdzie są te dzieci, które porywał od miesięcy tajemniczy mieszkaniec Sanu. Bał się jednak zapytać o to. Czuł, że los porwanych dzieci jest sprawą, o którą bezpieczniej było nie pytać .

Zbliżał się wieczór. Radko słyszał ze swej jamy- więzienia płacz matki i widział mężczyzn z osady poszukujących go. Próbował krzyczeć, wołać o ratunek, lecz czar rzucony przez zielonego stwora powodował, że ludzie w łodziach i na brzegu rzeki nie słyszeli żadnych krzyków. Gdy tylko słońce zaczęło chować się za wzgórzami, utopiec wyruszył na swoją, conocną wyprawę do studni w rynku przemyskim, wcześniej jednak rzekł do chłopca:

- Idź w głąb jamy, a gdy przejdziesz ze sto łokci, zobaczysz otwór – to jest wyjście na  mą wyspę, tam kogoś spotkasz - lecz nie lękaj się, to dobre istoty, podobne tobie, też mnie nie lubią i nie chcą słuchać moich opowieści o dawnych czasach. Lecz pamiętaj, nie próbuj płynąć do swoich. Ja słyszę każdy, nawet najmniejszy plusk wody i zanim dopłyniesz do przeciwległego brzegu, już będę czekał na ciebie, a wtedy biada tobie – mały człowieku!. - i utopiec zanurzył się w nurtach Sanu.

Chłopiec został sam w jamie, pamiętając o groźbie wodnika nie próbował ucieczki, lecz zgodnie z poleceniem stwora ruszył w głąb jamy. Po krótkiej chwili dotarł do wyjścia. Wyszedł na zieloną łąkę pośrodku wyspy. To, co zobaczył bardzo go zaskoczyło, wokół niego było kilkoro dzieci. Radko domyślił się, że są to dzieci porwane, podobnie jak on, przez rzecznego złośnika.

-Witaj  nowy! – Radko obrócił się w kierunku głosu. Za nim na trawie, tuż obok dziury w ziemi siedział chłopiec – mam na imię Zbyszko, a ty?

- Radko – odpowiedział nieco zaskoczony – a ty skąd się tu wziąłeś Zbyszko? Czy jesteś więźniem utopca, jak ja?

- Tak, zresztą nie tylko ty i ja zostaliśmy porwani przez to wodne licho, jak w moim domu mama nazywała zielonego utopca. Wszystkie dzieci, jak się domyślasz, są tutaj z jego winy. Każde z nas trzyma on w osobnej jamie. Na powierzchnię pozwala nam wychodzić dopiero po zmroku, kiedy sam wyrusza na wyprawę. Ja jestem z podzamcza. Mnie porwał, kiedy mama kazała iść mi na przedmieście zasańskie do garncarza po nowy garnek, bo stary sam zbiłem. Kiedy już wracałem do domu, nowy garniec wypadł mi z rąk i potoczył się prosto nad brzeg Sanu. Kiedy udało mi się odnaleźć nowy garniec, zobaczyłem dziwną postać przy łodziach, zacumowanych obok mostu, no i znalazłem się tu - pewnie domyślasz się, kim był ten dziwny stwór?

-Tak - dobrze, ale po co utopiec nas tu sprowadził, jeśli nie chce nam zrobić krzywdy? – spytał się Radko.

-On czuje się samotny, a nas więzi po to, aby mieć towarzystwo. Chce nas zmusić do wspólnej zabawy - mnie prosił, żebym opowiadała bajki, takie same, jak te, które słuchałam od mojej mamy, kiedy siadywałyśmy nad brzegiem Sanu. Utopiec musiał nas podsłuchiwać i kiedy niestety nie usłuchałam mamy i poszłam bawić się sama nad brzeg rzeki, wodnik porwał mnie – powiedziała dziewczynka o imieniu Jagoda.

Radko posmutniał. Zrozumiał więc, że zostanie tutaj z innymi dziećmi, dzień będzie spędzał w jamie, a wieczorem będzie narzekał na swój los. Wtem przyszedł mu do głowy pomysł.

- Zbyszko, mówiłeś, że jesteś z podzamcza. Pewnie znasz  to wzgórze, zwane starym grodziskiem na zachód od zamku.  Płynie tam strumyk, który wpada do Sanu, poniżej brodu. Ja tam chodziłem ze swoim stryjem Bogumiłem, który służy na zamku.

- Tak, chata moich rodziców stoi tuż obok furty do dolnego zamku. Ale rzekłeś, iż chodziłeś pod stare grodzisko. Powiedz mi, co to ma wspólnego z naszym położeniem? – ze zdziwieniem w oczach spytał się Zbyszko. Radko popatrzył ze uśmiechem na twarze dzieci i wyjaśnił im swój plan – Sami prawicie, że to wodne licho jest spragnione towarzystwa, chociaż jednocześnie nie cierpi ludzi.  Narzeka też na swoją samotność. Posłuchajcie uważnie– tam pod wzgórzem, jak już mówiłem, płynie strumyk. Ludzie boją się tam zapuszczać, bo stare baby bajki powiadają, że  jakoweś strzygi, czy też inne licha leśne straszą. Ja wiem, że to wszystko wierutne kłamstwa. Często ze stryjem chadzałem pod grodzisko i jedyne strachy, com widział to żbiki i inna drobna zwierzyna.

– Dobra, ale co ma wspólnego grodzisko i twój stryj z utopcem? – przerwał zniecierpliwiony chłopiec, który dotychczas się nie odzywał. Dopiero w tej chwili Radko zwrócił na niego uwagę. Nieznajomy ubrany był inaczej od innych, Kaftan jego, uszyty z drogiego, delikatnego płótna przepasany był pasem z ozdobną klamrą.

- Radko spokojnie odparł:- Ano to, że jeśli okazalibyśmy trochę życzliwości temu zielonemu, wodnemu lichu i rzeklibyśmy, czy w zamian za to, że nas wypuści wolno, my wszyscy moglibyśmy przenieść go do strumyka, pod wzgórze. Jest tam mała grota. Mógłby tam zamieszkać niepokojony prze nikogo, nikt już by się nie bał chodzić nad rzekę, my byśmy byli wolni, wodnik –utopiec szczęśliwy. Ja mogę  czasami przynieść trochę ryb z domu, ty Jagodo przyrzekłabyś , że będziesz do niego raz przy niedzieli chodziła i bajki powiadała, a ty Zbyszko od czasu do czasu wśród ludzi na podzamczu gadałbyś te bajki o duchach i strzygach, co by ludzie nie mieli ochoty chodzić do groty. Utopiec sam nie byłby sam, niepokojony i nie chciałby dokuczać  innym. Nam zaś rodzice pozwoliliby może chodzić nad rzekę i kąpać się. – Tu Radko przerwał, spojrzał na chłopca, który tak go wypytywał – Jak masz na imię i gdzie mieszkasz? Może byś nam pomógł opiekować się tym wodnym złośnikiem?

Obcy  z dumą odrzekł – Nazywam się Bolko, jestem synem rycerza Nawoja z drużyny księcia Władysława.

- To świetnie. W takim razie mieszkasz w samym zamku i pomożesz nam opiekować się  wodnikiem. Rzeknij, że się zgadzasz?- z nadzieją w głosie powiedziała Jagoda.

- Tak, zgadzam się i daję słowo, że dotrzymam tajemnicy –odparł chłopiec  z zamku.

Zadowolone dzieci, że tak gładko poszło im z ułożeniem planu wyrwania się z niewoli i przeniesienie utopca pod wzgórze zwane starym grodziskiem razem zasnęły na łączce pośrodku wyspy na Sanie.

Rano utopiec ze zdziwieniem zobaczył, ze żadne dziecko nie wróciło do swojej jamy-więzienia, Rozsierdzony stwór zaczął prychać, jęczeć i wyć. Dzieci, obudzone jękami stwora, nie okazywały  jednak przed nim lęku. Radko opowiedział wodnikowi ich plan. Utopiec słuchał uważnie, aż mu jego wielkie oczy zrobiły się wielkie jak talerze. Potem usiadł na brzegu. Podumał i rzekł:

– Ano dobrze mali ludzie. Przysięgnijcie na to, co najdroższe dla was, że nigdy, przenigdy nie zdradzicie mojej nowej kryjówki, ja zaś daję słowo wodnika, że jeśli kiedyś skrzywdzę jakieś dziecko, to niech mnie przez resztę mego istnienia woda zawsze omija. –skończył ze łzami w oczach utopiec. Był wzruszony, bo przecież nigdy nie doznał żadnej dobroci od ludzi.

Następnej nocy, pod osłoną ciemności  wodnik przeniósł bezpiecznie małych więźniów z wyspy na drugi brzeg Sanu. Stamtąd dzieci przeniosły stwora z Sanu do groty pod wzgórzem, polewając go co chwilę wodą, aby skóra utopca nie wyschła. Wodnik nie mógł sam dotrzeć do strumyka, gdyż było to zbyt daleko od wód Sanu. Poruszanie się po lądzie sprawiało mu dużo trudności. Pozbawiony wody przez dłuższą chwilę stwór niechybnie by umarł. Po pożegnaniu się z wodnym lichem dzieci wróciły  do swoich rodzin, mówiąc, że same uciekły od utopca, a on zły wyniósł się gdzieś w górę rzeki, w góry, gdzie jest mniej ludzi.

Utopiec szczęśliwy spokojnie rozpoczął swe królowanie  w strumyku, który dziś zwiemy pociesznie Ciurkiem. Kto wie, może będąc pod Wzgórzem Trzech Krzyży, gdzie kiedyś miało być grodzisko, usłyszymy chichot utopca. Ponoć
w późniejszych czasach z Bieszczad przybył inny utopiec, przepędzony z gór przez górskie biesy i czarty. Starsi ludzie jeszcze niedawno powiadali, że nie wolno przed Świętym Janem dzieciom wchodzić do wody, bo wodne licho ciągnie nieposłusznych w odmęty Sanu.

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 18-08-2017 15:35