23 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

W upalny czerwcowy wieczór

aut. s. Agata Jamińska OSB, „Nasz Przemyśl”, czerwiec 2007 (Nr 33)

Opactwo Sióstr Benedyktynek na Zasaniu, jego początki i historia ściśle łączą się z rozwojem położonej na lewym brzegu Sanu dzielnicy Przemyśla. By umożliwić zamieszkałej tu ludności łączność z kościołem, bez konieczności stałego przeprawiania się przez San, kapłan katedralny w początkach XVII w. wybudował tu kaplicę pw. Świętej Trójcy, zamierzając powierzyć opiekę nad nią jakiemuś męskiemu zakonowi, ale jak notuje kronikarka:- „ku jego wielkiemu strapieniu, żaden męski zakon przyjąć tego nie chciał”. Zwrócił się, więc „w desperacji” do konwentu Panien Benedyktynek w Jarosławiu. A one „ofertę” przyjęły i tak zaczęła się historia burzliwa i piękna benedyktynek w Przemyślu.

Lokalizacja zespołu kościelno-klasztornego tuż przy przeprawie wodnej przez San, poza murami miejskimi sprawiała, że obiektowi nadano charakter obronny, choć i tak nie zdołano go uchronić przed różnymi zawirowaniami historii i kilkakrotnym zburzeniem i już w połowie XVII w. w czasie najazdu na Przemyśl wojsk Rakoczego kościół i klasztor zostały prawie doszczętnie zniszczone. Bardzo też ucierpiał w czasie rozbiorów, ominęła go jednak kasata józefińska z racji prowadzonych przez Wspólnotę szkół. Pierwsze dziewczęta na wychowanie do klasztoru przyjęto na początku XVIII w. Z czasem siostry doskonaliły metody i rozszerzały program edukacyjny,  szkoły rozwinęły się w prężnie działający ośrodek edukacyjno-wychowawczy i na długie lata wyznaczały charakter i kierunek działalności konwentu.

benedyktynki_poczt02.jpeg

Wiele starania ze strony klasztoru wymagało prowadzenie szkół, jak również, gdy wspólnota zakonna coraz lepiej wywiązywała się z podjętych zadań. Budowa całego kompleksu zabudowań kościelno-klasztornych i szkolnych była zakończona. Zarząd szkół państwowych, które wynajmowały część pomieszczeń należących do klasztoru, zamierzał budować nowe gmachy w mieście. Benedyktynki ze względu na prowadzoną przez siebie szkołę. uzyskały w kongregacji rzymskiej zwolnienie z przestrzegania ścisłej klauzury. Szkoła miała zapewnioną dobrze wykwalifikowaną kadrę. Przygotowane były plany pracy na rok 1939/40, kandydatki zdały egzaminy, odnowione sale po wakacjach gotowe były na przyjęcie uczennic. 1 IX 1939 r. nie zaludniły się jednak młodzieżą, jej miejsce zajęli obcy ludzie w niemieckich mundurach, zajęli wszystkie budynki szkolne, na dziedzińcu klasztornym nie zabrzmiały radosne głosy powitań, śpiewów, śmiechu dziewcząt, jak bywało zwyczajnie tego dnia od wielu lat. Teraz groźnie pokrzykujące w niemieckim języku obce głosy mieszały się z gwarem polskiej ludności cywilnej migrującej na wschód, która gromadziła się na dziedzińcu klasztornym. Po 17 września 1939 r. ci sami ludzie pojawili się znowu, wracając w strefę okupacji niemieckiej. Z kościoła klasztornego, który był równocześnie kościołem szkolnym, ksiądz dyrektor wyniósł Najświętszy Sakrament, bo właśnie protestancki pastor przygotowywał nabożeństwo dla swoich wiernych.

Wiele uczennic do szkolnej torby przygotowanej na książki, włożyło bandaże i fiolki z lekarstwami. Wiedza a zwłaszcza mądrość nabyta w szkole miała teraz czas plonowania, i wydała dojrzałe, acz gorzkie owoce.

Życie w klasztorze toczyło się normalnie w rytmie modlitwy i pracy, choć warunki jakże odbiegały do normalnych. Modlitwa wspólna brewiarzowa trwała jak zawsze, również nocą, a często, zwłaszcza w dni czy noce świętowania, wtórowały jej odgłosy zabawy niemieckich żołnierzy.

Kuchnia klasztorna służyła Niemcom, siostry czasem przymuszone głodem, ukradkiem „zdobyły” tam coś dla siebie. Lecz zdarzały się i takie „incydenty”, że młody kucharz niemiecki po obiedzie swoich stołowników, jakby zapominał o sprzątnięciu garnków z zupą a potem jakby nie wiedział, skąd wracały puste. Plony z pól benedyktyńskich po części tylko służyły siostrom, dzielić je musiały ze stacjonującym w klasztorze obcym wojskiem.

Nadszedł czerwiec 1941 r.  22-go od strony Żurawicy  odezwały się ostrzeliwania prawobrzeżnej części miasta. Odpowiedź przyszła po dwóch dniach huraganowym ogniem ze strony radzieckiego wojska. Zapalił się kościół, klasztor, szkoły.

Był to upalny, wczesnoletni wieczór.

6.jpeg

Kto znad brzegów Sanu oglądał zachodzące nad zielonymi wzgórzami Bieszczadów słońce, kto widział wieżę przemyskiej katedry, gdy ostatnie promienie obejmują ją światłem, kto baszty Zamku Kazimierzowskiego podziwiał wieczorem,  a kto z białym klasztorem na Zasaniu związał się ślubem stałości, wie, jak piękne mogą być takie przemyskie wieczory.

Płomienie ogarniały coraz natarczywiej okna, drzwi, sprzęt, waliły się dachy. Siostry z wiadrami wody biegały wśród sypiącego się ognia: - może uda się coś uratować? W piwnicach kościoła osłonięta przed pożarem, leżała osłabiona chorobą ksieni Alojza Goltz przemyślanka, długoletnia nauczycielka. Gdy nad ranem siostry wróciły, wnosząc do piwnicy zapach dymu, potu, zmęczenia i ciężką, smutną ciszę a przez wszystkie szczeliny wdzierał się swąd spalenizny, ksieni zapytała:- Siostro Tereso, czy wszystko spalone? Lecz długo nie mogła doczekać się odpowiedzi i zapewne już wiedziała: - wszystko. Zalśniły tylko łzy. Tego ranka nikt nie powiedział już żadnego słowa. Przygotowane kromki chleba wyschły na odwróconej do góry dnem beczce służącej za stół. Ksieni zmarła w dwa dni później, nie widziała ruin. Jej grób do dziś znajduje się w klasztornym ogrodzie.

Przyszło wyzwolenie. Lecz w krótkim czasie trzeba było poznać, że ojczyzna nasza nie całkiem jest nasza, a nawet, że ruiny nasze nie całkiem są nasze. W latach pięćdziesiątych ówczesne władze miasta zamierzały przeprowadzić odbudowę szkół, lub choćby ich fragmentów, zamierzeniem docelowym było urządzenie w nich hotelu, wszak teren był pięknie położony i ogród klasztorny mógł służyć za miejsce spacerów. Gdy benedyktynki podniosły sprzeciw, że sąsiedztwo klasztoru z hotelem nie będzie szczęśliwe, dziennikarze przemyskiej prasy rzucali retoryczne pytania, kto tu komu będzie przeszkadzał hotel klasztorowi czy klasztor hotelowi? W ramach realizacji haseł o przodownikach pracy i wyścigu z czasem ogłaszano: Ruiny po byłym klasztorze benedyktynek wkrótce będą uprzątnięte. To już nie będzie klasztor.

Jednak benedyktynki na tym historycznym miejscu pozostały, odbudowały klasztor własnym staraniem, kościół został odremontowany. Jedynie szkoły tak dynamicznie kiedyś funkcjonujące nie podniosły się z gruzów. Ich ruiny zostały uporządkowane.

Tylko w ziemi pozostają fundamenty...