9.8 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Przemyski Zwierzyniec

aut. Jacek Błoński, „Nasz Przemyśl”, czerwiec 2007 (Nr 33)

Prawie sto lat temu została wydana pocztówka z widokiem zwierzyńca w przemyskim parku. Widzimy na niej ludzi, piękne klomby, palmy, a przede wszystkim sylwetę jelenia z potężnym porożem karmionego przez elegancko ubranego jegomościa. Scena utrwalona na fotografii z epoki świetności naszego miasta w pierwszych latach XX wieku kryje zarówno tragiczne, jak i zabawne dzieje przemyskiego zwierzyńca, historię wędrówek dumnego rogacza, procesu przed sądem małpy –ulubieńca dzieci i wreszcie smutnego końca pierwszego i jedynego przemyskiego zoo.

Zwierzyniec w przemyskim parku    wł. autora.jpeg

Pewnego wiosennego poranka 1902 roku w jednej z podprzemyskich wsi chłopi idąc skoro świt do roboty w polu, zobaczyli, że w ogrodzie przy miejscowej ruskiej plebanii spokojnie spaceruje potężny jeleń, którego głowę wieńczyło wspaniałe poroże. Rogacz, nie bacząc na krzyki i śmiechy miejscowej ludności, nie zamierzał opuścić posiadłości księdza dobrodzieja. Zaintrygowany coraz większym gwarem pod oknami, ksiądz wyszedł na ganek i stanął oko w oko z księciem karpackich lasów. Stojący za płotem ogrodu żartowali, że to duchowny był bardziej wystraszony niż jeleń. Kiedy minęło pierwsze zaskoczenie, ksiądz krzyknął, aby wszyscy udali się do swych zajęć, a swojemu parobkowi nakazał, aby przepędził zwierzę ze wsi do lasu. Jeleń ponaglany przez mężczyzn zniknął w pobliskim lesie. Ksiądz rad, że cała historia znalazła dość szybkie i szczęśliwe dla zwierzęcia zakończenie wszedł do wnętrza plebanii, aby powrócić do przerwanej lektury przemyskiej i lwowskiej prasy, przywożonej regularnie przez swego przyjaciela – pana Wachnianyna, poborcy podatkowego, mieszkającego w Przemyślu. Pan Wachnianyn, przyjeżdżał co niedzielę z miasta, aby w zaciszu wiejskiej plebanii móc odpocząć i zapomnieć o trudach pracy c.k. urzędnika. Ksiądz był jedną z nielicznych osób, która ze spokojem i zrozumieniem potrafiła wysłuchać skarg przemyskiego poborcy na niewdzięcznych obywateli Przemyśla, którzy nie chcieli zaakceptować racji urzędnika. Ponadto obydwóch przyjaciół łączyło wspólne umiłowanie  miejscowej przyrody.   

jeleń.jpeg

Następnego dnia ksiądz ponownie gościł w swoim ogrodzie rogatego gościa. I znowu parobek z pomocą miejscowych wyrostków przegonił jelenia do lasu. Najwidoczniej jednak rogacz upodobał sobie plebanię i ogród, ponieważ każdego następnego ranka odwiedzał księdza. Z czasem jeleń tak oswoił się z widokiem ludzi, że nie miał jakiejkolwiek ochoty wracać do lasu.

Podczas kolejnej wizyty  poborcy podatkowego, przyjaciele stwierdzili, że dalsze przebywanie na wolności jelenia może być dla niego niebezpieczne. Biedne zwierzę zaufało ludziom, a wiadomo, iż homo sapiens jest najbardziej niebezpiecznym drapieżnikiem. Po wcześniejszym uzgodnieniu z zarządcą ogrodów miejskich w Przemyślu, Wilhelmem Goldem, pan Wachnianyn na własny koszt przewiózł jelenia do Przemyśla, gdzie umieszczono go w wybiegu otoczonym drewnianym ogrodzeniem, tuż obok oranżerii w parku miejskim.

Nowy mieszkaniec parku dość szybko stał się bardzo popularny wśród mieszkańców miasta. Przemyślanie całymi rodzinami szli na „zamek”, aby pokazać swym milusińskim dumnego księcia karpackiej puszczy. Popularność zwierzęcia nie uszła uwadze miejscowym notablom i osobom zainteresowanym rozwojem  Przemyśla. Chcąc wyjść  naprzeciw potrzebom przemyślan Towarzystwo Upiększania Miasta Przemyśla postanowiło zakupić drugie zwierzę. Uradowani członkowie towarzystwa zakupili za kwotę aż 40 koron łanię z  nadzieją, iż para jeleni dochowa się potomstwa i w niedługim czasie przemyski park, a w miejscowej gwarze po prostu „zamek” będzie miał własne stado jeleni. Niestety, okazało się, że towarzyszka jelenia jest niepłodna w wyniku ran odniesionych przez ciosy rogami zbyt krewkiego jelenia-byka. Fakt ten jednak nie zraził przemyskich miłośników zwierząt i plac przed oranżerią z czasem stał się małym zwierzyńcem.   Wkrótce do pary jeleni dołączyło małe stadko saren, trzymane w osobnym wybiegu za drucianą siatką.  Z czasem pojawiły się inne zwierzęta-mieszkańcy naszych lasów: lisy, borsuk i oczywiście wiewiórki. W zwierzyńcu mieszkańcy miasta mieli również okazję oglądać różne gatunki ptaków w dwóch dużych klatkach. Józef Władysław Kobylański w niewielkiej książeczce  pt.: „O zwierzyńcu w Przemyślu” wydanej w roku 1928, a więc wiele lat po upadku swoistego „mini-zoo”  wymienia następujące gatunki ptaków: „Ptaszarnia wyposażona była bogaciej: w dwóch obszernych klatkach znajdowały się ptaki krajowe: szczygły, dzwońce, gile, wróble, zięby, kilka gatunków sikor, makolągwy, trznadle, przepiórki, czyżyki, jemiołuszki, dzięcioł, krzyżodziób”.

Jelonek.jpeg

Odwiedzający malowniczy park na „zamku” podziwiali również gołębie z cenionej hodowli samego pana Golda.  Łącznie trzymano ponad czterdzieści par różnych gatunków. Oto nazwy niektórych z nich podane przez Kobylańskiego:  mewki orientalne, a wśród nich: blondynety, satynety, brunety; ponadto pawiaki białe z czarnymi ogonami, pawiaki czarne z białymi ogonami, oraz wiele innych. Jednak dzieci i miłośnicy dziwnych, egzotycznych ptaków zachwycali się głównie papugami z amazońskiej dżungli i z innych dalekich krajów, których nazwy były niemniej egzotyczne niż kolorowe ptaki reprezentujące około 20 gatunków. Sensację wzbudzały maleńkie kolibry i ryżojady z dalekich wysp Oceanii. Można sobie wyobrazić scenę, kiedy to przed klatkami stali chłopcy, którzy z oczami wpatrzonymi w wielką kakadu, żywcem przeniesioną z podróżniczych powieści Stevensona, Vernego, czy też Williama Defoe, podziwiali dzikie piękno prezentowane przez bajecznie kolorowe ptaki. Młodzi przemyślanie poprzez obcowanie z egzotycznymi ptakami mogli w wyobraźni przenieść się w dalekie kraje, pełne piratów i dzikich zwierząt.

krogulec.jpeg

Dla miłośników skrzydlatych mieszkańców naszych lasów w osobnych klatkach hodowano sowy, ptaki drapieżne różnych gatunków: krogulce, myszołowy, błotniaki stawowe i zbożowe.

Najbardziej egzotycznym ssakiem  w przemyskim zwierzyńcu był rezus. Była to małpa z grupy koczkodanów. Jej ojczyzną jest południowa Azja. W początku XX wieku gatunek ten był dość często sprowadzany do Europy. Jak można przypuszczać biedny koczkodan był zaczepiany przez gapiów i był celem różnych, czasami niewybrednych wygłupów. Sympatyczna małpa stała się bohaterką pewnego incydentu, który miał miejsce w zwierzyńcu. Otóż pewnego dnia ktoś wypuścił celowo małpę z klatki. Wystraszone zwierzę zaczepiane przez ludzi ugryzło w ramię pewną damę, która usilnie próbowała nakarmić małpę. Po dłuższej chwili udało się zapędzić rezusa z powrotem do klatki. Poszkodowana przemyślanka złożyła skargę na policji. Sprawa trafiła do sądu i tak koczkodan z Azji był sądzony w majestacie prawa najjaśniejszego pana – cesarza Franciszka Józefa I, a że trudno było wsadzić za kratki zwierzę mieszkające i tak w parkowej klatce, wszystko wróciło z czasem do normy i rezus był  nadal karmiony wraz z innymi zwierzętami przez gapiów cukierkami i innymi słodyczami. Mieszkańcy Przemyśla musieli być dość majętni, ponieważ jedną z ulubionych metod zabawy z małpą było rzucanie jej monet, które koczkodan brał do pyska i trzeba było mu wyjmować je siłą. Jakiś bezmyślny „geniusz” próbował obdarować małpę brzytwą, na szczęście w porę zauważono niebezpieczny przedmiot i uchroniono zwierzę przed niechybną śmiercią. Kolejny ulubieniec publiczności, dawny amator przycerkiewnego ogrodu, stał się pogromcą damskich parasolek i lasek. Jak podaje ówczesna prasa,  zniszczył ich co najmniej trzydzieści, a ponadto zjadał damskie kapelusze.

koczkodan.jpeg

Dbano również o otoczenie klatek i oranżerii, przemyślanie mogli podziwiać nie tylko zwierzęta i ptaki lecz spacerować ścieżkami , wzdłuż których założono klomby kwiatowe i zadbane trawniki, na których dostojnie chodziły pawie.  Przez pierwsze lata istnienia zwierzyńca starano się dbać o jego wygląd i rozwój. Niestety, brak odpowiedniej wiedzy i doświadczenia w prowadzeniu tego typu placówki powodował dość często liczne choroby i urazy u zwierząt i ptaków.  „Gazeta przemyska”  w numerze z dnia 2 lipca 1907 r. podaje, że  Towarzystwo Upiększania Miasta zakupiło u przemyskiego „artysty ślusarza” Stanisława Bocheńskiego klatkę żelazną dla jeleni za kwotę 1741 koron: „Piękną klatkę żelazną ustawiło Tow. Upiększania Miasta obok cieplarni na zamku dla dwóch jeleni, którym los kazał reprezentować zwierzyniec przemyski. Biedne te zwierzęta, rwące się do wolności, walczą z żelazną kratą ku uciesze dzieciaków...” Okazała klatka okazała się źródłem nieszczęść dla jeleni. Zwierzęta wielokrotnie raniły sobie łby i łamały poroża na  ostrych krawędziach krat.

Z  biegiem lat stan zdrowotny podopiecznych przemyskiego zwierzyńca uległ znacznemu pogorszeniu. Wiele zwierząt padło w wyniku złego i nieregularnego żywienia. Brak ogrzewania spowodował znaczne zmniejszenie się stanu egzotycznych ptaków. Z czasem większość zwierząt wyprzedano, rozdano lub też wypuszczono na wolność. W roku 1912 zwierzyniec przestał istnieć, lecz pamięć  o nim jeszcze wiele lat trwała w świadomości mieszkańców przemyskiego grodu. Tragicznym i symbolicznym zakończeniem tej unikalnej w dziejach miasta placówki są  dalsze dzieje dumnego  rogacza z podprzemyskich lasów. Przywiązane do ludzi zwierzę nie potrafiło należycie cieszyć się wolnością i nieustannie podchodziło do zabudowań na przedmieściach miasta. Pewnego dnia wystraszona mieszkanka Kruhela Małego zabiła rogacza sierpem. Pozostałe jelenie wkrótce podzieliły jego los. Jeden z nich padł po zjedzeniu kawałka materiału, w którym była zwykła szpilka. Biedne zwierzę w niedługim czasie zdechło. Towarzyszka pierwszego jelenia  została sprzedana przemyskim Żydom na mięso.  Ostatni akt likwidacji zwierzyńca nastąpił  w roku 1919, kiedy to opuszczoną klatkę po jeleniach przekazano miastu i przerobiono na ogrodzenie i bramę do parku miejskiego od strony ul. M. Reja.

wiewiórka.jpeg

Dziś patrząc na wyblakłą pocztówkę sprzed stu lat widzimy dumnego rogacza, co to chciał żyć z ludźmi w otoczeniu doskonale zadbanego zwierzyńca.

Patrząc zaś na obecny widok opuszczonych, zaniedbanych budynków dawnego zwierzyńca  i oranżerii tym bardziej tęsknimy za dawną, minioną  epoką starego Przemyśla.  Możemy również żywić nadzieję, że wspomnienie o zwierzyńcu będzie natchnieniem do podjęcia konkretnych działań mających za cel przywrócenie dawnej świetności starej oranżerii na „zamku”. Być może znów moglibyśmy podziwiać egzotyczne ptaki w otoczeniu roślin z dalekich krajów i marzyć o podróżach w dalekie kraje, patrząc na niepowtarzalny urok przemyskiego parku.