12 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Dotyk Boga

Wieczorem w ostatni czwartek miesiąca kościół Reformatów był wypełniony po brzegi. Jak co miesiąc zgromadzili się tu ludzie chorzy, by wziąć udział w Mszy świętej i modlitwie o zdrowie, której przewodniczył ojciec Józef Witko. Na twarzach wiernych maluje się skupienie, napięcie i nadzieja. Wielu przyszło o kulach, niektórzy siedzą w inwalidzkich wózkach. Każdego trapi jakaś dolegliwość, są wśród nich skazani na śmiertelne choroby. Zanim nastąpi kulminacyjny moment, ojciec Józef wprowadza zebranych w modlitewny klimat.

„Wszystko co czynimy w tej modlitwie, róbmy z wiarą. Dla Boga nie ma żadnych ograniczeń ani czasowych, ani przestrzennych. Dlatego starajmy się wierzyć, że Pan nas dotyka, nawet jeżeli nie ma fizycznych oznak tego dotknięcia. Jeżeli takie wystąpią, mogą nam pomóc, by jeszcze bardziej uwierzyć, co wcale nie oznacza, że tylko te osoby są dotykane. Bóg dotyka każdego  i od każdego wymaga wiary. Według wiary waszej niech się stanie – mówi Jezus. Dlatego wierzmy, że Bóg mnie dotyka. Bo jeżeli uzależnimy Boże działanie od fizycznych odczuć, a ich nie będzie, mogą zrodzić się wątpliwości czy Bóg rzeczywiście działał, czy zwrócił na mnie uwagę. Wobec wszystkich mówię, że nie odczucia są najważniejsze lecz wiara w Bożą obecność. Na pewno łatwiej jest wierzyć, jeżeli coś się czuje, ale uczucia mogą nas zmylić. Natomiast wiara nie myli nigdy. Jeżeli ufam, że Bóg mnie dotyka, tak też się dzieje. A On dotyka w sposób dla człowieka najlepszy. Dla jednego będzie to zanik bólu, innemu ból się pojawi jako znak ozdrowienia, jeszcze ktoś inny odczuwać będzie radość, spokój, głębokie wzruszenie, poczuje, że jakiś ciężar został zdjęty z jego ramion. Uwierzmy mocno w Jego obecność tutaj, bo od wiary wszystko zależy. Chcę was zachęcić do tej modlitwy uwielbienia, gdyż ona jest bardzo skuteczna, choć nie jest magiczna. Modlitwa uwielbienia musi wypływać prosto z serca, a nie ust. Dlatego ona wymaga czasu, bo Boga należy wielbić swoim życiem. Muszą pojawić się konkretne czyny pokazujące, że On jest rzeczywiście dla mnie ważny. Im częściej człowiek wielbi Boga, tym szybciej w trudnych chwilach doświadczymy Jego mocy. Dlatego modlitwa nie powinna być okazjonalna lecz codzienna”.

Byłem pod wrażeniem obserwowanych zdarzeń. Ludzie podchodzili do kapłana, który kładł na ich głowach dłonie i modlił się. Co chwilę ktoś osuwał się zemdlony na posadzkę. Wielu trwało w modlitewnej ekstazie, niektórzy płakali, inni byli pogodni i radośni. W świątyni działo się coś niezwykłego, co można najwyżej opisać, ale nie sposób wewnętrznych doznań precyzyjnie wyrazić. Coś się wymyka poza możliwości ludzkiego umysłu i zapewne tak ma być.

 

 

Wszystko zaczęło się w 1996 roku w Zakliczynie, gdzie ojciec Józef Witko prowadził grupę odnowy w Duchu Świętym. Przyszła do niego matka dziecka, które urodziło się z poważną wadą serca. Prosiła o modlitwę, gdyż synek miał mieć operację w Prokocimiu. Po kilku dniach kobieta zwróciła się o kolejną modlitwę tym razem dziękczynną. W szpitalu okazało się bowiem, że zdiagnozowana wcześniej przez profesora choroba ustąpiła. Dziecko w cudowny sposób wróciło do zdrowia. Zdarzenie to było inspiracją do cyklicznej modlitwy o uzdrowienie. Przez trzy lata ojciec Józef prowadził ją w Zakliczynie, potem w Jarosławiu gdzie był gwardianem-proboszczem w klasztorze Reformatów. Obecnie pracuje w kościele i klasztorze pw.  św. Kazimierza w Krakowie i odwiedza ze swą posługą wiele miejsc w Polsce. Trafił także do Przemyśla zaproszony przez gwardiana Reformatów ojca Damiana. Jest tu obecny od dwóch lat w ostatni czwartek każdego miesiąca. Uzdrowień jest coraz więcej. Zapisanych zostało ponad tysiąc świadectw ludzi, którzy odzyskali zdrowie. Kilka miesięcy temu w Jarosławiu człowiek po udarze mózgu przyjechał wózkiem. Z kościoła wyszedł o własnych siłach pchając wózek przed sobą. We wrześniu w Przemyślu uzdrowiona kobieta zostawiła w świątyni swoje kule. Takich spektakularnych przykładów jest dużo. Ojciec Józef uważa jednak, że zdrowie fizyczne nie jest najważniejsze lecz doświadczenie i odkrywanie Boga, a przez to uzdrowienie wewnętrzne, duchowe.

Wydaje się, że tego nam dzisiaj najbardziej brakuje.

 Co chwilę ktoś zemdlony osuwał się na posadzkę. Wielu trwało w modlitewnej ekstazie, niektórzy płakali, inni byli pogodni i radośni.

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 03-01-2017 10:02
Modyfikował: Witold Wołczyk | Data modyfikacji: 03-01-2017 10:04