23 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Przepłynęli przez miasto jak woda...

aut. Ryszard Jóźwik. „Nasz Przemyśl”, luty 2007

Szanowni Czytelnicy „Naszego Przemyśla” pozwólcie, że dziś przedstawię pięknie nakreślone przez Jadwigę Gamską-Łempicką sylwetki ludzi, którzy odegrali wielką rolę w życiu miasta.

 Ludzi tych, my starsze pokolenie przemyślan, spotykaliśmy na drodze naszego życia. Przedstawiam w całości X część „Mojego miasta”, która nosi tytuł  – „Ludzie”. Pragnę  podkreślić wdzięczność i uznanie dla śp. Pani Stefanii Kostrzewskiej-Kratochwilowej za doprowadzenie do wydania wielu wierszy i opisów Przemyśla J.Gamskiej-Łempickiej. Jednocześnie chciałbym zaapelować o wydanie utworów Tej, której ukochanym miastem urodzenia i młodości był nasz piękny Przemyśl.

LUDZIE

Czy byli w moim mieście ludzie? Chciałabym odpowiedzieć: nie wiem.

Ci, których wtedy spotykałam wśród ulic, ogrodów, domów, kościołów i baszt - już prawie wszyscy zeszli w inne, podziemne czy nadziemskie ulice i ogrody.

Nazwiska niektórych odczytać można w wilgotnych alejach cmentarzy przy „dobromilskim trakcie”, imiona innych zabłysły poza murami miasta, inne przepadły jak kręgi na zalewiskach Sanu. Przez te wszystkie lata ludzie przepływali przez miasto jak woda, jak żwir na dnie rzeki, jak śniegi po stromych polach, jak obłoki górą i jak ptaki, które się wylęgają na wiosnę, a odlatują pod jesień. Czy oni tworzyli miasto, czy miasto urabiało ich właśnie?

Gdy myślę o moim mieście, pamiętam, że byli w nim ludzie, ale ich nie widzę. Z tej ogromnej wieży , jaką jest oddalenie i czas, widać tylko zarysy wzgórz, murów, ulic i wody, widać kamienny i zielony profil miasta, w którym domy patrzą, jak ślepe oczy, w dal czy w głąb, a linia rzeki, jak linia ściśniętych ust, wydaje się  nieruchoma. Czy można z tej odległości odczytać imiona na szyldach i grobach, czy można twarze z krwi i ciała odróżnić od twarzy z kamienia ?

Niektóre z nich, nie wiem, czy żywe jeszcze, czy już zastygłe, patrzą na mnie jak w kamieniu wykute lub w brązie odlane medaliony. Miasto zawiesiło je na swoich piersiach i pozostaną tam na zawsze, bez względu na to, czy w ścianie katedry znajdzie się ich relief marmurowy, a w Towarzystwie Przyjaciół Nauk ich wypłowiała fotografia.

Tak widzę jeszcze piękny, delikatny zarys głowy księdza Momidłowskiego, jakby odlany w miedzianej płycie. Przez całe lata płynęły z tych cienkich warg słowa gorące, podniosłe, ludzkie i do ostatniej sylaby  polskie. Na innej kazalnicy jawi mi się blada, upiorna, kamienna twarz księdza Domki, który jak drugi Hus albo Savonarola walczył bez tchu, z grozą w błękitnych oczach i płomieniami na ustach z ucieleśnionym dlań wszędzie szatanem.

Kołysze się na powietrzu wzdłuż Rynku, ulicy pod Starostwem, przez most i potem hen, polnymi ulicami ku domowi, na folwark, blada, czarnym zarostem obramiona twarz najpopularniejszego  burmistrza mojego miasta.

Józef Kostrzewski przechodzi od jednego swego gospodarstwa, z domu „Pod Niedźwiedziem” na Rynku, do drugiego – u początku  lipowickiej drogi.

Ulicą Grunwaldzką przepłynie czasem senatorska głowa Leonarda Tarnawskiego - ulicą Rybacką ku gimnazjum na Zasaniu przemknie suchy, nieregularny profil historyka: Jan Smołka prześliźnie się od Archiwum  Miasta do dyrektorskiej kancelarii. Gdzieś między Władyczem  a Ptasią zamajaczeje rozwichrzona głowa Kazimierza Osińskiego nad katalogiem biblioteki Towarzystwa przyjaciół Nauk, a prędzej nad olbrzymią kością  przedhistoryczną,  wydobytą z gliny dla Muzeum tamtej ziemi. I będzie zawsze w przechodzie od pałacu  biskupiego do bocznych drzwi katedry ukazywać się  przymkniętym oczom różowa, staranna jak u wykwintnisia twarz pisarza i kaznodziei, światowca i duszpasterza – biskupa Pelczara, a tuż za nią, zawsze w cieniu, a zawsze połyskująca srebrem jak aureolą  za życia , głowa świętego mojego miasta, droga, kochana głowa księdza sufragana Fischera.

A tamci wszyscy inni, którzy teraz, gdy ruszyłam dłonią  medaliony, podpływają jak zjawy na falach snu, jak korowód masek – założyciele szkół i teatru, nauczyciele, inżynierowie, lekarze, dziwacy  i zapaleńcy, młodzi
i siwi - ci, którzy jakiegoś dnia  lądowali nad zielonosrebrną wodą, stawali się apostołami i budowniczymi, nowatorami i przywódcami, a potem odpływali dalej, zostawiając tylko oddech swój w powietrzu miasta  i odciski swych genialnych nieraz palców  na kamiennym, nieruchomym ciele?

Oni mijali – miasto trwało, dzięki nim, a zarazem mimo nich. Coś tam brał w siebie z tych dusz wędrownych, gorących i niespokojnych – stary, osędziały nad swoją wodą gród. Przygarniał chętnie przelotne żurawie, na ukos i pod wiatr prujące niebieskie szlaki. Lubił rzadkie ptactwo o srebrnych, długich piórach, tak jak lubił, gdy biały nurek przepływał czasem po wiosennej wodzie Sanu. Ale więcej może dawał, niż brał. Ze swoich szczerbatych, ledwie trzymających się murów przeszłości, ze swoich pagórów  i schodów kamiennych, ze swoich wichrów nad rzeką i z szumem swoich odwiecznych drzew- od Lipowicy po Zamek – wydzielał tchnienie hardości, fluid dumy, niematerialny nakaz, aby trwać i aby iść wciąż wyżej.

Musiały harde i nieustępliwe ręce budować pierwsze wieże i pierwsze schody mojego miasta. Zawzięte były serca, które rozsypywały się tutaj nie w proch, ale w glebę. Rzadko biły one za życia w piersiach autochtonów osiadłych z dziada pradziada na jednym miejscu. Mieszkaniem ich były często wędrowne, niespokojne cienie, które jak jastrzębie spadały czasem na miasto, a ulatywały zeń w przestrzeń – jak orły.

Wielka, pospólna dusza mojego miasta, dusza, w której jak w spływie strumieni w rzece zlały się wszystkie twarze, wszystkie serca, wszystkie cienie była niemałostkowa, niefilisterska , niepospolita. Nie było na tym wykrawku wzgórz i dolin ani ciasnoty małego miasteczka , ani rozprószenia  wielkiego skupiska. Nad jasną wodą Sanu, w cieniu wieży
i dwu baszt, mogły róść swobodnie, wichrom podane, nasłuchujące szerszego świata, darzone szczodrze słońcem, kołysane pieśnią bliskich zbóż i drzew, nawet takie dusze, którym wolnej przestrzeni i chłodnego porywu od gór trzeba było bardziej niż chleba.

Jerzy Kostrzewski_do_Przeplyneli.jpeg

EPILOG

Kiedyś historyk lub pamiętnikarz zbierze wszystkie rozprószone cząsteczki mojego miasta. Z kart jakiejś mądrej książki wyjdą nazwy, imiona, daty, czyny... Rozwiną się jak sztandary przed światem dni chwały i dni klęski, uszeregują się żywi i umarli wedle czasu, zasług i historii.

Jeśli dożyję tego dnia, a książka dojdzie moich rąk – może nie poznam cię, z tego dokumentu historii, miasto moich najpiękniejszych dni. Zamknęłam cię w moim sercu na zawsze ponad czasem, ponad historią i ponad wszelką przemianą życia i śmierci. Cokolwiek o tobie napiszą ludzie rozważni i uczeni, jakkolwiek cię zmienią i przebudują niszczyciele starych, a twórcy nowych dni – zostaniesz we mnie niezmienione, jak woda w twojej rzece, jak powietrze nad twoją głową i jak ciągle ten sam, choć co roku z nowej trawy i liścia zapach twoich ogrodów i pól.

Z twojej fali na rzece, z woni twojej kwitnącej ziemi i z twoich obłoków na niebie powstała także cząstka mojego istnienia. Wiem, że kiedykolwiek wrócę do ciebie, choćby nikt z naszych współczesnych już ani mnie, człowieka, ani ciebie, miasta, nie poznał, Ty mnie rozpoznasz  bez ohydy, gdy tylko usta do piersi twojej przyłożę. Na dnie twojego serca, które nie jest wieczne, ale o ileż dłużej trwa niż serce ludzkie, pulsuje przecież kropla mojej krwi.

Minę niebawem jak obłok na niebie, jak nurt na wodzie, jak kłos trawy. Gdy śladu już po mnie nie będzie w żadnym zakątku ziemi, Ty,  jak jeden ze swoich kamieni, imię moje w swych murach zatrzymasz.

Połóż je blisko wody i blisko starych drzew. Niech srebrne trzewiczki topolowych liści chodzą po nim każdej pachnącej płaczem jesieni.

 

RYSZARD JÓŹWIK

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 20-12-2016 12:31