13 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Władysław Jagiełło i przeciągi

aut. Lucjan Fac. „Nasz Przemyśl”, luty 2005

W herbie naszego miasta szczycimy się dewizą Libera regni civitas-wolne miasto królewskie, co oznacza, że byliśmy królewszczyzną. Zobowiązywało to do pełnienia określonych prawem powinności na rzecz króla i jego dworu. Miejscem pobytu władcy był oczywiście zamek- później siedziba starosty. Zamkiem zarządzał kasztelan, który dbał jednocześnie o bezpieczeństwo pobliskich ziem (w naszym przypadku, raczej teoretycznie, bo z reguły był nieobecny). Zamek przebudowany przez Kazimierza Wielkiego w krótkim okresie czasu stał się siedzibą różnych urzędów i instytucji. Wśród nich stały charakter miały: sąd grodzki i ziemski, obsługujące szlachtę ziemi przemyskiej (a nie był to mały kawałek ziemi, sięgał bowiem w XV wieku od Leżajska na północy, Rzeszowa i Krosna na zachodzie, po Sambor, Drohobycz i Stryj na południowym wschodzie).

Tak, więc Przemyśl wręcz na bieżąco doludniała przyjezdna, procesująca się szlachta. Jej pobyt w mieście był interesem nader intratnym- picie, jadło, nocleg, zakupy etc., a nierzadko ekscytującym. Awantur nie brakowało, nieraz przelano krew w walce wręcz, z użyciem broni palnej, a nawet artylerii. Na zamku i mieście ciążyły też różnorodne zobowiązania, m.in. utrzymanie króla podczas jego pobytu. W tym momencie, koszty rozkładały się zgodnie z  przyjętymi zasadami także na inne królewszczyzny. W otoczeniu miasta przecież ich nie brakowało: Medyka, Bakończyce, Siedliska, Krówniki, Poździacz, Torki, Szechynie, Buców, Batycze, Maćkowice, Witoszyńce, Darowice,….

Władysław Jagiełło i przeciągi1.jpeg

Przyjazd władcy wraz z dworem kosztował i królewszczyzny musiały być na to przygotowane. Oczywiście wszystko zależało od częstotliwości królewskich przyjazdów. Najczęściej odbywały się one w ramach tak zwanych objazdów, których celem było poświadczenie realnej władzy monarszej w odległych od stolicy zakątkach państwa, z drugiej strony wykorzystanie zasobów i produktów zgromadzonych w poszczególnych dobrach królewskich. Podczas objazdów odbywały się również konsultacje i narady z miejscowymi urzędnikami, załatwiano najtrudniejsze sprawy sądowe. Była to również okazja do odwiedzenia miejsc pielgrzymkowych. Jeżeli sprzyjały okoliczności, władcy mogli wziąć udział w sejmikach lub sejmach dzielnicowych. Czasem wyjazdy miały charakter rekreacyjny np. polowanie. Do Przemyśla przyjeżdżało wielu władców Polski, wydaje się jednak, że absolutnym rekordzistą był Władysław Jagiełło, jako, że był tutaj łącznie ponad 40 razy, czasami nawet kilka razy w roku. Przyjeżdżał najczęściej w październiku i listopadzie, a nieco rzadziej na wiosnę. Tutaj zazwyczaj spędzał Święto Zmarłych, czasami zaś Święta Wielkanocne. Jednym z najszczęśliwszych pobytów w Przemyślu był październik 1424 r. Jan Długosz pisze: Król polski Władysław przewędrowawszy ziemie Wielkopolski, wrócił do ziemi krakowskiej, a następnie udał się na Ruś. W czasie, gdy tam przebywał, urodził mu się w Krakowie, we wtorek, ostatniego października, w wigilię Wszystkich Świętych pierworodny syn z królowej polskiej Zofii. Ta nowina doniesiona królowi w Przemyślu sprawiła jemu i całemu ludowi wielką przyjemność. Dlatego też po oznajmieniu mu tej nowiny, [król] nie wyszedł z kościoła, ale modląc się i folgując łzom, spędził dzień na składaniu podzięk i zbożnych dziełach.

Z Przemyśla król udał się na Litwę. Natomiast królowej wysłał bogate dary w postaci aksamitnych, przetykanych złotem tkanin. Do ochrzczenia syna wyznaczył biskupa krakowskiego Zbigniewa Oleśnickiego, któremu zresztą na łożu śmierci powierzył opiekę nad Władysławem.

Z kolei w 1427 r. będąc w Przemyślu w okresie Świąt Wielkanocnych – 20 kwietnia dowiedział się, że 2 marca w Krakowie zmarł drugi nowo narodzony syn Kazimierz. Zresztą w tym samym roku królowa Zofia ponownie zaszła w ciążę i urodziła syna, któremu ponownie nadano imię Kazimierz – późniejszy Kazimierz Jagiellończyk.

Było też i tak, że na ziemię przemyską gnały Władysława Jagiełłę perypetie sercowe. Płomienny romans jaki miał z dwórką swojej siostry Aleksandry, Elżbietą Granowską, wprawił w osłupienie cały kraj. Spotkali się zimą 1417 r., (król był wtedy po raz drugi wdowcem po śmierci Jadwigi w 1399 r, w latach 1402-1416 był mężem Anny Cylejskiej) w Lubomli. W marcu tego samego roku król odwiedził Elżbietę w jej posiadłości w Łańcucie, a na zwołanym na 1 maja zjeździe panów rady w Sanoku, oznajmił swoją decyzję nie słuchając jakichkolwiek protestów rady. Na następny dzień arcybiskup lwowski, Jan z Rzeszowa, pobłogosławił ten związek. Wydarzenia te miały tak nieoczekiwany przebieg i były tak dużym zaskoczeniem, że narosło wokół nich mnóstwo komentarzy, plotek i uwag. Zresztą, sam Długosz nie potrafił powściągnąć złośliwości i pozwolił sobie na własny komentarz: I chociaż niedziela św. Zygmunta, w którą się wszystko działo, od rana, aż do godziny trzeciej była słoneczna i jasna, to jednak po ślubie króla nagle chmury przesłoniły natychmiast blask słońca. Dzień zaczął być ponury i ciemny. Kiedy wiatr poruszył ciężkie powietrze, spadł śnieg z deszczem, który stwardniał pod wpływem ulewy i wiatru. Serca ludzi, które już i bez tego były pełne bólu i goryczy z powodu zawarcia wspomnianego wyżej małżeństwa, przejęło jeszcze większe rozgoryczenie. Ponadto gdy wspomniana Elżbieta Granowska po ślubie przejeżdżała z kościoła do zamku w karocy, koło powozu, którym jechała, złamało się w miejscu bardzo śliskim i błotnistym. Elżbieta  musiała wysiąść z karocy i resztę drogi przebyć pieszo. Te wszystkie przygody to były oznaki, że król zawarł w tym dniu przykry Bogu i ludziom związek małżeński i że wskutek zmiennych kolei losu ma ono wkrótce ulec rozbiciu. No cóż, komentarz Długosza i tak jest stosunkowo delikatny. Pod adresem naszej rodaczki sypały się i inne o wiele gorsze kalumnie. Jeżeli mówimy nieraz o wykwintności stylu dworskiego w dobie średniowiecza i poszanowaniu dam, to może jedna próbka tej twórczości pohamuje nasze idealistyczne zapędy! Notariusz kancelarii Stanisław Ciołek w jednej z satyr na królową napisał: ta świnia, wyczerpana wielką ilością połogów, okłamawszy lwa, oszustwem zdobyła jego małżeństwo, rzekomymi skarbami, które swym ryjem wykopała z ziemi.

Władysław Jagiełło i przeciągi2.jpeg

Prawdą jest, że w związku z tym doszukiwano się czarów. Powodów było wiele. Rzeczywiście Elżbieta była już czwarty raz mężatką. Z ostatnim mężem właścicielem rozległych dóbr na terenie ziemi przemyskiej miała czwórkę dzieci. Miała wtedy już 45 lat, suchoty, a co do jej urody są bardzo różne opinie, mówiące nawet, że jej brzydoty tylko król nie widział. Od takiego dictum, jest już tylko krok do posądzenia o czary. Nie miała Elżbieta łatwego życia, toteż nie trwało ono długo i 12 maja 1420 roku zmarła.

Pobyty w Przemyślu niekiedy nie należały do przyjemnych. W roku 1412 król podjął decyzję o odebraniu prawosławnym, mieszczącej się na zamku katedry i przekazaniu jej katolikom. Decyzja ta ewidentnie miała tło polityczne i miała przekonać do niego ubiegającego się o tron cesarski króla Węgier Zygmunta i położyć kres pomówieniom krzyżackim o sprzyjanie schizmatykom, czyli prawosławnym.

Przewodniczącemu delegacji węgierskiej postanowił pokazać przekazanie cerkwi na zamku (cerkiew Wołodara) obrządkowi łacińskiemu.

Z Medyki udał się Władysław w asyście biskupa ostrzyhomskiego [Jana] i Michała Küchmeistera do Przemyśla, pragnąc na ich oczach oczyścić się z narażającego go o zniesławienie zarzutu wysuwanego przeciw niemu niesłusznie przez Niemców, jakoby sprzyjał odszczepieńcom i użyczył im specjalnego schronienia. Katedrę zbudowaną bardzo pięknie z kwadratowej kostki skalnej i położoną w środku zamku przemyskiego, którą dotąd zarządzał biskup ruski i w której zwykle odbywały się nabożeństwa w obrządku greckim, kazał konsekrować na kościół katolicki obrządku łacińskiego, usunąwszy najpierw z grobów kości i prochy Rusinów. Kapłani ruscy opłakiwali je wśród gorzkich westchnień i głośnych narzekań. Z biegiem czasu po zburzeniu katedry, mianowicie w roku pańskim 1470, za pontyfikatu biskupa przemyskiego Mikołaja, wszystkie jej kwadratowe kamienie zostały obrócone i użyte na budowę katedry położonej w mieście.

Należy tylko ubolewać nad faktem, który się wtedy wydarzył. Zniszczenia jakich dokonano, stanowiły niezwykle smutny epilog ruskiego okresu w historii naszego miasta. Samemu Jagielle jednak sztuka rusko-bizantyńska podobała się i był nawet jej mecenasem. Korzystał z niego prawdopodobnie prawosławny biskup przemyski Atanazy, którego zdolności malarskie były w owym czasie znane.

Dbał król o swoje posiadłości na terenie Rusi. W miarę możliwości starał się je rozwijać i ubogacać. Gdy w bitwie pod Grunwaldem uzyskał wielu jeńców przekazał ich do różnych zamków królewskich, w tym do Przemyśla.

Władysław Jagiełło i przeciągi3.jpeg

Mimo, że Jagiełło bywał w Przemyślu często, to wcale nie musiał w nim mieszkać. Wydaje się, że podczas swoich pobytów raczej w mieście urzędował, a zamieszkiwał w swojej włości w Medyce. Wzmianek o tym jest dużo. Tutaj wypoczywał, nabierał sił przed dalszą podróżą, ale również pracował. W Medyce wydanych zostało szereg dokumentów królewskich, np. dla Halicza-Błonia z roku 1403- król wytyczał granice i wymierzał wysokość podatków, czy z 1407 r darowując Janowi z Bielawy wieś Zubrza, w roku 1425 przywilej dla Ormianina Atabe na prowadzenie we Lwowie łaźni. Rejon Medyki, był w tym czasie dobrze zalesiony, w centrum wsi znajdowała się grupa ośmiu jezior. Doskonale zarybione jezioro Medyka, oblewało zamek medycki. W pobliżu wsi znajdowały się otoczone wałami pastwiska dla wypasu folwarcznej stadniny. Całość wydaje się, że była samowystarczalna. Nie wiemy, jakie warunki bytowe stwarzał dla króla medycki zamek. Niemniej jednak, świetnie położony, mimo że wykonany z drewna, mógł się podobać i stwarzać odpowiednie poczucie bezpieczeństwa. Zdecydowanie atmosfera jaka tu panowała, odpowiadała królowi. Być może murowany, zimny zamek kazimierzowski w Przemyślu nie był w stanie dać takiej atmosfery przytulności i na pewno intymności. Otoczenie zamku medyckiego dawało możliwość polowania, długich spacerów, czy też posłuchania ptactwa. O tym, że ostatecznie nie wyszło to królowi na zdrowie, wie chyba każde dziecko w Polsce. Zmarł bowiem w wyniku przeziębienia, jakiego nabawił się właśnie w Medyce. Oddajmy głos naszemu rodakowi kartografowi i historykowi Bernardowi Wapowskiemu:

 

– W początku wiosny, król Władysław s Krakowa, na Ruś wyjechał, i przybywszy do wsi Medyki w ziemi przemyślskiej, z dawnego zwyczaju narodowego, wszedłszy do gaju, wielką część nocy na słuchaniu śpiewu słowika strawił; gdy tak zbytecznie słuch swój wdziękiem głosu pieści, chłodem nocnym, który był nadzwyczaj ostry, ciało wiekiem znękane przeziębił, s czego wpadł w trawiącą gorączkę. Wszakże choroby nie czując, przybył w niej do Gródka, gdzie go znaleźli posłowie Stefana hospodara multańskiego, z zapytaniem: w jakim czasie i miejscu ich wojewodzie przed sobą stanąć rozkaże, oświadczając gotowość z jego strony, do złożenia przyrzeczonej i należnej przysięgi hołdu i wierności. Właśnie obiadowali z nim, gdy tajemna wprzód gorączka silniej go trapić poczęła, gdy zaś żadnym usiłowaniom lekarskim nie ustępowała, dręcząc go przez dni siedemnaście do tego stopnia przywiodła, iż postrzegłszy, że go siły opuszczają, rozporządzenie ostatecznej woli uczynił, liczne dobra niesprawiedliwie na skarb wzięte, właścicielom ich wrócić kazał, urzędnikom koronnym i obecnym dworzanom starszego syna Władysława polecił, i aby go na tronie utrzymali prosił; pierścień królowej Jadwigi, przy zaręczynach od niej dany i przez całe życie noszony, s palca zdjąwszy, Zbigniewowi biskupowi krakowskiemu na znak pojednania oddać rozkazał, poruczając mu, aby nad królewicami Władysławem i Kazimierzem czuwał. Tak wszystko załatwiwszy, oraz po odbyciu spowiedzi i przyjęciu, według obrządku kościoła rzymskiego, z wielką skruchą i nabożeństwem sakramentów, po kilkakrotnem powtórzeniu apostolskiego składu wiary, wśród powszechnego płaczu i rzewnych narzekań obecnych nad utratą najlepszego s królów, ducha oddał. Umarł ostatniego dnia miesiąca maja....

 

Śmierć króla w Gródku, przyniosła tej podlwowskiej miejscowości sławę i wreszcie przydomek Jagiellońskiego. To tutaj w kościele klasztoru franciszkanów spoczęło jego serce. Zniszczony, zdewastowany klasztor podnosi się dzisiaj z ruiny pod okiem zakonu studytów. Wjeżdżając do Gródka, gdy przejedziemy już nad rzeczką Wereszycą, a przed nami w ryneczku ukaże się fasada kościoła farnego, po lewej stronie znajduje się odbicie na Drozdowice. W odległości zaledwie 50 m od traktu lwowskiego znajduje się odbudowywany klasztor, nieco dalej wzgórze zamkowe z trzech stron oblane wodami dawnych drozdowickich stawów. Z zamku, niestety nic się nie zachowało, jednak zarówno pamięć miejsca, jak i malownicza okolica powinny nas skłonić do poświęcenia około pół godziny na zadumę dla wielkiego króla, który ostatnie chwile życia spędził na terenie naszego województwa.

Opublikował: Witold Wołczyk | Data publikacji: 04-11-2016 16:45