6.4 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Fredro Andrzej Maksymilian Blaski i cienie pracowitego żywota.

aut. Lucjan Fac. „Nasz Przemyśl”, styczeń 2005.

Niezbadane są wyroki boskie i ścieżki ludzkiej kariery. Żyć cnotliwie, bogobojnie, stać na straży prawa, poświęcić swoje życie ojczyźnie, a przejść do historii własnego narodu w kontekście tak żałosnym, jak nasz rodak Andrzej Maksymilian Fredro to wyjątkowy zbieg okoliczności. Czy jednak słuszne jest stwierdzenie prof. S. Grodziskiego, że jest to, jedna z wielkich źle zapisanych w dziejach postaci.

Rzecz dotyczy jednego z najbardziej znanych faktów w naszej historii, który zna (miejmy nadzieję) również każde dziecko, to jest użycia po raz pierwszy zasady liberum veto w celu zerwania sejmu.

Fredro Andrzej Maksymilian  Blaski i cienie pracowitego ży…1.jpeg
Zwyczaj jednomyślności w głosowaniu uchwał sejmowych pochodził z XVI wieku. W rzeczywistości oznaczał brak wyraźnego sprzeciwu i chociaż nieraz posłowie kręcili głowami nie akceptując treści uchwały, to jednak najczęściej głosowali za. Wynikało to również z wyobraźni i odpowiedzialności politycznej, jako że stosunek do vox libera (głosu wolnego), najważniejszego prawa szlachcica opierał się na sporej wiedzy i wyrobieniu politycznym. Za głosem wolnym szła świadomość prawa sprzeciwu ius vetandi. Prawo to przysługiwało każdemu posłowi i było wyrazem uznania suwerenności pojedynczych członków izby poselskiej. Powszechną jednak była świadomość, że sprzeciw w stosunku do jednej uchwały dotyczy wszystkich innych, a więc w rzeczywistości może zadecydować o zerwaniu sejmu. A konsekwencje (na przykład nieuchwalenie podatków na wojsko) takiego czynu mogły być miażdżące, szczególnie w okresie niepokojów, a tych przecież w XVII wieku nie brakowało. Była to bolączka, ale nie jedyna w tym systemie, bowiem sejmy zwyczajne zwoływano co dwa lata na okres sześciu tygodniu i czas trwania sejmu był skrupulatnie przestrzegany. Można było przedłużyć obrady, co wymagało również jednomyślnej zgody prolongacji. Jeżeli do niej nie doszło to sejm nie dochodził i wszystkie uchwały, które na nim zapadły, stawały się nieważne. Nieprawdą jest, że w roku 1652 sytuacja taka zaistniała po raz pierwszy. Już w 1638 roku sejm rozszedł się z takiego powodu, ale było to spowodowane brakiem zgody dużej grupy posłów. W 1652 r stało się to za przyczyną jednego posła bez poparcia jakiejś większej grupy. Oczywiście imię jego jest powszechnie znane – Władysław Siciński pochodzący z Upity – poseł powiatu trockiego. Stał się już w latach I Rzeczypospolitej bohaterem czarnej legendy, który zginął jakoby od uderzenia pioruna. Po śmierci nawet ziemia go przyjąć nie chciała (A. Mickiewicz był jednym z propagatorów tej opowieści). Trupa Sicińskiego włóczono w XVIII wieku po okolicy, aż ostatecznie postawiono go w drewnianej szafie (trup w szafie) przy drzwiach wejściowych kościółka upickiego jako przestrogę dla żyjących. Przy tak delikatnej pragmatyce sejmowania niebezpieczeństwo jego zerwania było ciągle realne. Jednak, jak dowodzą najnowsze badania, w okresie od połowy XVI do połowy XVII wieku na 86 odbytych sejmów rozeszło się bez podjęcia uchwał 15, co daje 17,4%. Tak, więc skuteczność sejmowania jest zaskakująco duża. Świadczy to mimo wszystko o wysokiej kulturze politycznej w tym okresie. Niestety w miarę upływu czasu zaczynało jej coraz bardziej brakować i system po prostu wysiadł. Bardzo dużo zależało od kultury politycznej posłów, a ci zawsze byli i są bardzo różni. Z drugiej strony mieli ogromną rolę do spełnienia podczas obrad sejmu marszałkowie, ale również byli bardzo różni. Pech chce, że marszałkiem sejmu w roku 1652 został wybrany poseł ziemi przemyskiej, jeden z najbardziej szanowanych w Rzeczypospolitej polityków Andrzej Maksymilian Fredro. Jeżeli mowa o pechu, to przede wszystkim dotyczy on samego Fredry. Zawsze jednak pozostanie pytanie, czy zrobił wszystko aby zapobiec zerwaniu sejmu? Skutki już za jego życia dawały się odczuć dosłownie na każdym kroku. Rzeczypospolita szlachecka kończyła się przechodząc w stadium oligarchii magnackiej. Ktoś za to ponosił odpowiedzialność. Niewątpliwie to pytanie musiał zadawać sobie sam Fredro. Musiał nauczyć się z nim żyć, a nie było to łatwe.

Rodzina Fredrów to jeden z firmowych rodów ziemi przemyskiej. Za jego protoplastę uważa się pochodzącego z Mazowsza rycerza o imieniu

Fredro Andrzej Maksymilian  Blaski i cienie pracowitego ży…2.jpeg
Fryderyk herbu Bończa, który przybył tu wraz z orszakiem księcia Bolka Trojdenowicza (otrutego w 1340 r.). Tutaj otrzymał dobra, a miejscowa ludność ruska nazwała go, od imienia Fredrą i tak już pozostało. Oczywiście historia rodu pozostaje w cieniu sławy komediopisarza Aleksandra Fredry, ale w XVII wieku, ten powszechnie szanowany w całej Polsce ród, chociaż wcale nie odbiegał od typowych sarmackich norm kresowych, lśnił przede wszystkim gwiazdą Andrzeja Maksymiliana (ok. 1620-1679). Był kasztelanem lwowskim, wojewodą podolskim, wielokrotnie posłem na sejm, w tym siedmiokrotnie z ziemi przemyskiej (nie jest w tym względzie rekordzistą). 11 razy posłował Jan Tomasz Drohojowski, a po 9 razy Dubrawski Franciszek i Jakub Maksymilian Fredro, stryj Andrzeja, po którym ten przejął niejako tradycję rodzinną. Gdy w 1652 r został przez szlachtę przemyską obrany posłem, a przez posłów marszałkiem sejmu, miał 31-32 lata, a na swoim koncie już zapisaną piękną kartę polityczną. Pierwszy raz posłował w roku 1646, na wyprawę berestecką w 1651 własnym sumptem wystawił chorągiew husarską. Wysłany przez Jana Kazimierza posłował do Jerzego Rakoczego, aby zerwać jego sojusz z Chmielnickim. Uznawany był za polityka neutralnego, a ze względu na bezstronność wiązano z nim duże nadzieje. Ludwik Kubala pisze: jeśli bystrość umysłu, głęboka i gruntowna wiedza, znajomość spraw krajowych, odwaga polityczna i poświęcenie nie słowami ale czynami stwierdzone, mogą pozyskać i utrzymać zaufanie współziomków, to po tym młodym człowieku Rzeczypospolita słusznie wielkiego ministra i obywatela spodziewać się mogła. Obrany teraz marszałkiem izby, pochwycił z radością i zaufaniem w swoje siły tę szczęśliwie nadarzoną sposobność służenia ojczyźnie. Zaciekłość opozycyjna i nienawiść stronnicza były mu zarówno obce. Jak orzeł ze szczytu Łomnicy, tak umysł młodego mędrca patrzał spokojnie i uważnie z wyrazem rozumnej życzliwości na rozhukane żywioły, któremi miał kierować.

Sejm rozpoczął się 26 stycznia, Spraw miał do załatwienia mnóstwo i to wszystkich możliwych rodzajów. Jeszcze się dobrze nie zaczął, już na nowo wybuchła ciągnąca się drugi rok sprawa Hieronima Radziejowskiego. Oskarżony przez Jana Kazimierza o zdradę, manifestował despotyzm króla i nieposzanowanie praw powołując się między innymi na romans króla z jego żoną, w czym niestety miał rację. Na sejmie stronnicy Radziejowskiego uczynili ten problem zasadniczym wątkiem obrad i ciężko było nad nimi zapanować. Ostatecznie sąd sejmowy zatwierdził w marcu wyrok skazujący Radziejowskiego na karę śmierci, infamię i konfiskatę mienia. To właśnie tego Hieronima Radziejowskiego, Rzeczypospolita będzie oglądała przybywającego z oddziałami Karola X Gustawa w 1655 r, w pierwszej fali Potopu.

Walki poszczególnych stronnictw doprowadziły do przedłużania się obrad, których przebieg był bardzo burzliwy. Podczas kłótni miecznik sieradzki, Stefan Zamojski, wytknął królowi U mnie prawo, nie król rozkazuje. Nie należy się do woli króla, ale do ducha prawa stosować. Obraza majestatu była pełna. Oczywiście Jan Kazimierz opuścił salę obrad i następny, nieistotny spór zajął uwagę posłów. Jednak, dzięki wstawiennictwu Fredry, senat pozwolił Zamojskiemu przeprosić króla i można było kontynuować obrady. Szczególnie istotnym było uchwalenie nowych podatków na wojsko. Miały być one rozstrzygane na samym końcu. Ponieważ punktu tego nie osiągnięto, a sejm dobiegał końca (miał się zakończyć 8 marca), król zażądał prolongaty. Sejm wyraził zgodę na jeden dzień. Jednak 9 marca, posłowie wiedząc, że królowi szczególnie zależy na podatkach, przyszli na obrady dość późno, na co Fredro nie miał wpływu. Na dodatek, znowu niektórzy posłowie skoczyli sobie do gardeł m.in. nasz starosta przemyski Marcin Madaliński przeciwko Zytkiewiczowi. Tymczasem obrady się przeciągały, zapadł zmrok, nadeszła noc, a jedynym światłem (zgodnie ze zwyczajem) przy którym można było toczyć obrady, była jedyna świeca stojąca przed marszałkiem, który przy niej mógł odczytywać uchwały. Ponieważ nie można było nawet policzyć deklaracji podatkowych poszczególnych województw, ze strony króla padła propozycja, aby dokonać prolongaty do poniedziałku. W tym momencie, z kąta sali obrad odezwał się głos zdesperowanego szlachcica, który zawołał: ja nie pozwalam na prolongacyję. Było ciemno, a ktoś doręczył Fredrze protest posła Sicińskiego. Ten nakazał natychmiastowe doprowadzenie posła, ale Siciński po prostu znikł, a z nim szereg innych posłów, którym śpieszyło się do domu. Poszukiwania zakończyły się powodzeniem, bowiem Sicińskiego odnaleziono na Pradze, a on solennie obiecał, że w poniedziałek na obradach się pojawi. Poziom zaufania ze strony Fredry, wydaje się tu być niestety zbyt duży. Poniedziałek 11 marca 1652 r. stał się najczarniejszym w jego życiu dniem. Rano, gdy Sicińskiego zawezwano do laski marszałkowskiej, i ani echo nie odpowiedziało, przystąpił Fredro do tronu i ze łzami w oczach pożegnał króla. Nie chcąc oskarżać nikogo, ubolewał nad daremnie straconym czasem, nad trudami, wydatkiem i szkodą wszystkich. Jeden z senatorów pomstując na Sicińskiego powiedział: Bodaj z piekła nie wyszedł, któryś zrządził takie nieszczęście. A pozostali odpowiedzieli: Amen! Amen!. Trudno się cieszyć, trudno się łudzić w tak oczywistym upadku, w ostatniem niemal igrzysku losu, kędy nas pcha przeznaczenie, a jako niegdyś powiedziano: „kogo Bóg chce zatracić, temu rozum odbiera”.

Dalsza działalność Fredry to nienaganna postawa lojalności w stosunku do państwa i króla. Nie odstąpił go podczas Potopu. W 1656 r szlachta ruska mianowała go wodzem pospolitego ruszenia ziemi lwowskiej. Zajmował się organizowaniem na rzecz króla, oddziałów zarówno jazdy jak i piechoty łanowej. W 1658 r po atakach szwedzkich i najeździe Rakoczego sejmik w Sądowej Wiszni powierzył mu zadanie ufortyfikowania Przemyśla. Nie była to rzecz łatwa i tania, dlatego same działania zmierzające do pozyskania pieniędzy wystawiają mu niezłą ocenę. Rzeczywiście szereg elementów fortyfikacji naprawiono, czy też rozbudowano. Nie żałował własnych pieniędzy, szczególnie na odbudowę według nowych założeń, zniszczonego podczas oblężenia siedmiogrodzkiego w 1657 r klasztoru o.o reformatów. Po tych pracach, rzeczywiście mógł przyjąć nazwę „twierdzy reformackiej”. Cały klasztor otoczono murem ze strzelnicami. W murach osadzono cztery baszty, zaś całość otoczono fosą, której poziom zrównany został z poziomem wody w Sanie. W ten sposób klasztor stał się na nowo barbakanem bramy lwowskiej. Klasztor reformatów pozostawał pod  szczególną opieką Fredry również dlatego, że należał do jego Trzeciego Zakonu, czyli był jego tercjarzem. Tutaj zresztą został pochowany, co upamiętnia tablica epitafijna w pomieszczeniu przylegającym do zakrystii. Innym miejscem kultu religijnego stała się za przyczyną Andrzeja Maksymiliana Fredry fundacja w jego dobrach w rejonie wsi Pacław, kościoła i klasztoru franciszkanów w roku 1668. Tutaj z czasem trafił również obraz Matki Boskiej Kamienieckiej, który po zdobyciu Kamieńca Podolskiego przez Turków w roku 1672 przywędrował w dobra Fredrów. Nowej franciszkańskiej fundacji Fredro chciał stworzyć najlepsze warunki rozwoju. Starając się o nie u papieża Klemensa X przedstawił tak szeroki zakres próśb, że zdumiony papież zawołał: Fili! Magna et multa petis; visne ex Polonia Romam facere? (Synu, o wiele prosisz; czy chciałbyś z Polski uczynić Rzym?). Zarówno kościół, jak i klasztor fundowany przez Fredrę spłonęły w połowie XVIII wieku, a odbudowy podjął się cześnik przemyski Szczepan Dwernicki, dziadek gen. Józefa Dwernickiego bohatera bitwy pod Stoczkiem w 1831 r.

Na zawsze pozostał Fredrze uraz do anarchii sejmowej i sejmikowej i mimo ogromnego taktu i kultury nerwy mu puszczały. W 1656 r na sejmiku deputackim rzucił się z szablą na Aleksandra Niezabitowskiego, chcąc go zmusić do wycofania sprzeciwu. Krzyczał przy tym: nie może jeden imieniem wszystkich kontradykować. Było już jednak za późno na takie refleksje, fakt roku 1652 stał się niestety punktem zwrotnym w historii I Rzeczypospolitej. Wydaje się, że Fredro miał tego świadomość i być może stąd jego ogromna ofiarność, czy to na cele religijne lub społeczne. Czy Fredro mógł zapobiec wydarzeniom z 9 marca 1652 roku? Wszystko wskazuje na to, że nie. Jemu jednak przypadło w udziale dźwigać ciężar tego doświadczenia zarówno za życia jak i po śmierci.

Postać ta, zapomniana, a nawet nie kojarzona w rodzinnym mieście z opisanymi wydarzeniami, zasługuje jednak na uwagę i pamięć. Jego ciało pochowane w krypcie kościoła o.o reformatów, spoczywa tam spokojnie. Nikomu nie przyszło w XVIII wieku czynić z nim tego co z ciałem Sicińskiego.

Fredro Andrzej Maksymilian  Blaski i cienie pracowitego ży…3.jpeg

W XVII i XVIII wieku znany był nie tylko w Polsce, ale i w Europie, dzięki swojej twórczości pisarskiej. Jeszcze w 1652 roku wydał pracę historyczną Gestorum populi Poloni sub Henrico Valesio, Polonorum postea Galliae rege. W 1658 ogłosił drukiem Przysłowia mów potocznych, obyczajowe, radne, wojenne, które przyczyniły mu wiele popularności w II połowie XVII wieku. W 1660 ukazały się Piechotne ćwiczenia albo wojenność piesza, gdzie prezentował aktualny stan organizacji oddziałów piechoty w Europie. Tak na marginesie, mimo że w zasadzie na wojnie nie bywał, a tym bardziej samodzielnie nie dowodził, okazuje się, że był świetnym znawcą sztuki wojennej. Niewątpliwie jego wiedza, mimo że teoretyczna, stawia go w gronie najwybitniejszych teoretyków wojskowości okresu staropolskiego. W tym zakresie najwybitniejszym jego dziełem okazały się Militarium seu axiomatum belli ad harmoniam toga accomodatur libri duo. W polityce był legistą i mimo że wiedział, czym grozi liberum veto, to nie dążył do jego zniesienia, ale do nieużywania. Dał temu wyraz w Scriptorum seu toga et belli notationum fragmenta. wydanym w roku 1660. W cztery lata później ukazało się najbardziej znane jego dzieło Monita politico-moralia et icon ingeniorum. Był to zbiór maksym dotyczących zarówno życia publicznego jak i prywatnego. Monita w okresie stu lat od napisania doczekały się aż 20 wydań!

Fredro Andrzej Maksymilian  Blaski i cienie pracowitego ży…4.jpeg

Ryciny z DZIEJE LITERATURY POLSKIEJ
A. Sokołowskiego

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl