10.3 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Honor dezertera cz II

aut. Krztysztof Fil, maj 2006.

W maju 1945 roku Zdzisław Cichoński został przeniesiony do III Oficerskiej Szkoły Piechoty w Inowrocławiu. W lipcu na polach Grunwaldu uroczysta promocja oficerska mogła otworzyć mu drogę do kariery ale nie chciał i nie mógł służyć w wojsku, które polskie było tylko z nazwy. Na dwa dni przed promocją wraz z grupą kolegów zdezerterował. Decyzja ta była aktem odwagi, bo w tamtych czasach za taki czyn groziła kara śmierci.

W młodych ludziach, którzy zdecydowali się na desperacki krok, żyła nadzieja, że ojczyzna ich wyobrażeń jeszcze się odrodzi, zrzuci sowieckie jarzmo i odzyska prawdziwą wolność. Czas pokazał, że była to wiara naiwna, ale wówczas nie mogli o tym wiedzieć. Mit o niepodległości uzasadniała sytuacja w kraju. Jakkolwiek 19 stycznia 1945 roku rozkazem ostatniego komendanta generała Okulickiego Armia Krajowa została rozwiązana, ale ruch oporu nie wygasł. W podziemiu działała partyzantka i właśnie powstawał WiN. Zatem nie wszystko było stracone, istniało zbrojne zaplecze i ta świadomość kierowała krokami dezerterów. Zdzisław Cichoński, Kazimierz Ujejski, Marek Zawadzki i Roman Mussur udali się do Krakowa. Tam w Polskim Urzędzie Repatriacyjnym pracowała matka chrzestna Zdzisława. Prawdziwa patriotka, ciężko doświadczona życiem kobieta, której dwóch synów zginęło w Powstaniu Warszawskim doskonale rozumiała motywy decyzji uciekinierów. Wyrobiła im fikcyjne dokumenty i od tego dnia na  najbliższych kilka lat Zdzisław został repatriantem ze Lwowa o nazwisku Zakrzewski. Niezwłocznie ruszyli na Ziemie Odzyskane i wiosną 1946 roku złożyli przysięgę na wierność Ruchowi Oporu Armii Krajowej we Wrocławiu. Jednocześnie Zdzisław rozpoczął studia na Uniwersytecie Wrocławskim, którego rektorem wówczas był lwowianin profesor Markowski. Działalność w strukturach konspiracji nie trwała długo. W swojej grupie mieli koleżankę, która pracowała w sekretariacie miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa. W dziewczynie zakochał się jeden z funkcjonariuszy i fakt ten organizacja postanowiła wykorzystać. Chcieli go nakłonić do współpracy i potraktować jako źródło informacji. W tym celu należało choć trochę odsłonić karty, co w konsekwencji przyniosło katastrofalne skutki. Ubecka miłość nie była niestety ślepa i aparatczyk zwietrzył swoją szansę. Znając niektóre fakty, bez wahania doniósł o nich swoim mocodawcom. Zdążyli zaledwie przeprowadzić akcję propagandową poprzedzającą sławne referendum 3 x tak,  kiedy nastąpiły pierwsze aresztowania.

Szkoła oficerska. A. Zawadzki, Z. Cichoński, K. Ujejski, M. Ramza..jpeg
W czerwcu 1946 roku Urząd Bezpieczeństwa dopadł Zdzisława w punkcie kontaktowym w Świdnicy. Wraz z nim do aresztu trafiło 29 członków Ruchu Oporu. Niebawem rozpoczął się koszmar przesłuchań.

Nie chcesz śledzia to dam ci w mordę

Przez prawie sześć miesięcy do listopada 1946 roku trwało śledztwo. Był to najtrudniejszy okres w życiu Zdzisława. Wielogodzinne przesłuchania nie mogły się obyć bez wyrafinowanej tortury. Brutalne pobicia, siedzenie kością ogonową na nodze od stołka lub całodobowy karcer w  betonowej niszy po kolana wypełnionej lodowatą wodą stały się rutyną w ubeckim repertuarze dręczenia więźniów. Sponiewierany, zziębnięty i ciągle głodny uporczywie odmawiał zeznań, a to wzmagało furię oprawców. Po kolejnym dotkliwym biciu dano mu na parę tygodni spokój. Zrosły się połamane żebra i poznikały sińce kiedy któregoś wieczora wezwano go na kolejny seans. Zdzisław po wcześniejszych przesłuchaniach miał na tyle doświadczenia, że nie zwiódł  go troskliwy głos oprawcy. Wietrzył podstęp i miał rację.

- Myśmy Zakrzewski całkiem o tobie zapomnieli, a ty biedaku siedzisz w zimnej celi i pewnie jesteś głodny – usłyszał na powitanie.

- No powiedz, jesteś głodny?, dociekał ubek i nie czekając na odpowiedź wrzasnął w kierunku uchylonych drzwi.

- Przynieś mi tu coś do jedzenia, tylko biegiem. Tak jest – ozwało się z głębi. Już lecę, dziś mamy pierwszorzędne śledzie. – Zdzisław dokładnie wiedział, że karmienie więźniów słonymi śledziami było ulubioną i perfidną torturą. Konali później z pragnienia.

- Bardzo dziękuję ale nie lubię śledzi, mdli mnie ich zapach. – Odmowa wywołała wściekłość.

- Nie chcesz śledzi, to dam ci coś innego – ryczał purpurowy z gniewu ubek. Dam ci w mordę.

Tego typu obietnice spełniane były zawsze. Kiedy zakrwawiony Zdzisław leżał na podłodze kulinarną ofertę dokończyły metodyczne, ciężkie kopnięcia. Niebawem odbył się proces w więziennej kaplicy i oskarżony Zakrzewski skazany został na 8 lat więzienia i 4 lata pozbawienia praw publicznych. Po roku odsiadki zdemaskowała go nieznana po dziś dzień kobieta. Odbył się kolejny proces tym razem dezertera Cichońskiego. Ogłoszone w międzyczasie przez komunistyczne władze dwie amnestie spowodowały, że ostatecznie dostał sześć lat. Jedynie raz od wybuchu wojny zobaczył żywego ojca, który przyjechał na widzenie. Kilka miesięcy przed końcem kary Zdzisława przeniesiono do obozu pracy na Śląsku. Wypuścili go w marcu 1952 roku. Zima trzymała jeszcze mocno, na dworze był mróz, gdy w cienkim drelichu dotarł do Wrocławia. Bezradny i zmarznięty nie wiedział, co począć z sobą. Na chybił trafił wsiadł do tramwaju i tam ku swemu zdumieniu i radości natknął się na kolegę z konspiracji – Romana  Mussura. U przyjaciela nie zabawił długo, bo gnała go w drogę dręcząca przez lata tęsknota za domem rodzinnym, za Przemyślem. Serce jak oszalałe tłukło się w piersi, gdy stanął przed drzwiami. Niestety były zamknięte.

Pani Cichońska spiesznie wracała do domu. Zrobiło się późno, a trzeba było jeszcze napalić w piecu i ugotować obiad. Pokonała kilka stopni i raptem w półmroku klatki dostrzegła skuloną, męską postać. Zanim w świadomości utrwalił się obcy obraz wynędzniałej postaci już matczyne serce rozpoznało, a świat zawirował w oczach i uciekł w ciemność. Gdy odzyskała przytomność, tuliły ją do piersi ramiona syna.

Blaski i cienie

W powojennym Przemyślu trudno było o pracę tym bardziej dla człowieka pozbawionego praw publicznych. Pomogli mu znajomi, a wśród nich Aleksander Szymański brat człowieka, w którego mieszkaniu przy Katedralnej Zdzisław składał kiedyś akowską przysięgę, Władysław Malik i Adam Stolarski. Dzięki nim otrzymał fizyczną pracę przy budowie portu suchego w Medyce w Przedsiębiorstwie Robót Kolejowych. Do stabilizacji było daleko, ale dzięki wykształceniu i umiejętnościom zwolna piął się w górę pod czujnym okiem urzędu bezpieczeństwa, który chciał go złamać pogróżkami i zwerbować do współpracy. Zdecydowana odmowa spowodowała cofnięcie przepustki na pobyt w strefie przygranicznej, więc koledzy przenieśli Zdzisława do Żurawicy, gdzie pracował w rachubie. Był zdecydowany znieść najgorsze szykany byle nie dać się złamać. Wielu uległo ze strachu, dla kariery czy świętego spokoju.  Aż przyszedł czas, gdy  trudne często siermiężne życie rozświetliło słońce i jak twierdzi Zdzisław rozświetla je do dziś. Któregoś wieczoru oglądał spektakl teatralny we Fredreum i wystarczył jeden rzut oka na scenę, by wiedzieć, że albo ta albo żadna. Krystyna Lobodzińska była wówczas aktorką, czarującą, a przy tym odważną kobietą. Trzeba było odwagi, żeby wiązać swe losy z człowiekiem, którego zdeklarowany antykomunizm nie sprzyjał spokojnej i dostatniej przyszłości. Niemniej powiedziała tak i od tego czasu idą przez życie razem. Mijały lata, urodziła im się córka, a on stał się cenionym ekonomistą pełniąc aż do emerytury funkcję głównego księgowego. Wielokrotnie namawiany do wstąpienia w szeregi partii dziękował za wątpliwy zaszczyt koronnym argumentem, który zniechęcał najgorliwszego nawet sekretarza.

- Co wam z takiego towarzysza, który śpiewa w chórze kościelnym. Istotnie, takim towarzyszem trudno się było pochwalić.

Zdzisław nie potępiał ludzi. Znał życie i mechanizmy, które stosowała władza. Nie każdy potrafił wobec różnych argumentów zachować kręgosłup. Jeden ze znanych przemyskich dyrektorów żołnierz AK przyjął czerwoną legitymację, by mieć wpływ na powodzenie inwestycji, którą budował także dla miasta. Nigdy więcej jednak nie włożył opaski akowskiej na ramię .

- Zbyt szanuję etos AK, by teraz kiedy jestem w partii identyfikować się z nim. Nie chcę, żeby nas opluwali ludzie.

Zdzisław nawet w okresie rozkwitu PRL-u był przekonany, że system padnie. Powstanie Solidarności przyjął z euforią. Dożył czasów, kiedy ziściły się marzenia i wreszcie nadeszła wytęskniona wolność i demokracja. Wie, że jej kształt nie jest doskonały i że to wartość, którą należy pielęgnować, bo jest bardziej obowiązkiem niż przywilejem. Dlatego od pięciu kadencji pełniąc funkcję prezesa przemyskiego koła Związku Zołnierzy Armii Krajowej działa aktywnie, by zachować pamięć o tych, którzy za niepodległą Polskę zapłacili największą cenę.

                                                                                                                      

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl