4.5 °C
  • PL
  • EN
  • DE
×

Wyszukaj w serwisie

Przemyskie epizody listopada wolności.

L istopad jak zwykle skłania nas do refleksji historycznej, którą najczęściej wywołuje Święto Niepodległości oraz, chociaż coraz rzadziej Powstanie Listopadowe. Ten polski miesiąc, jak to określił Wyspiański ustami Wielkiego Księcia Konstantego Pawłowicza  w „Warszawiance”, ma w swojej historii każde polskie miasto, każda wieś. W naszym przypadku wydarzenia listopadowe związane były z lwowskimi potwierdzając odwieczny związek pomiędzy tymi miastami. Á propos, trudno nie zgodzić się z tak często powtarzanym przez starsze pokolenie powiedzeniem, że Przemyśl bez Lwowa, jest jak księżyc, który wypadł z orbity Ziemi.

Omówienie listopadowych wydarzeń 1918 r. na terenie Przemyśla jest zadaniem trudnym i wymagającym wiele  miejsca. Spróbuję jednak zarysować je, aby móc zaprezentować kilka szczególnych epizodów tych dni. Poszukującym całościowego opracowania w tym zakresie polecamy opracowanie Zdzisława Koniecznego „Walki polsko-ukraińskie w Przemyślu i okolicy listopad- grudzień 1918 r.”.

Sypiąca się w gruzy na jesieni 1918 roku monarchia habsburska usiłowała  złagodzić konsekwencje przegranej, poprzez w miarę możliwości najszerszą współpracę z Zachodnio-Ukraińską Republiką Ludową. Austria wolała proaustriackie państwo ukraińskie ze stolicą we Lwowie, niż silne państwo polskie ze stolicą w Warszawie.

Przemyskie_ogrody1.jpeg

Początek walk nastąpił we Lwowie 1 listopada, kiedy to oddziały ukraińskie z zaskoczenia zajęły większą część miasta. Jednak w aglomeracji z przewagą ludności polskiej, samo utrzymanie porządku w zajętej strefie, kosztowało siły ukraińskie utratę inicjatywy. Powstała sytuacja patowa, długotrwałego oblężenia, w którym losy miasta, jego ludności i w konsekwencji, podległości politycznej zaczęły zależeć od przybycia odsieczy. Mogła przyjść tylko z Przemyśla. Tutaj jednak, sytuacja nie była aż tak wyraźna, żadna bowiem ze stron, nie posiadała wyraźnej przewagi, dlatego w dużym stopniu grano na zwłokę licząc na wyjaśnienie się sytuacji we Lwowie. Gdyby Lwów padł, pomoc, taką otrzymaliby Ukraińcy stosunkowo szybko. Polacy mogli liczyć na wsparcie z głębi kraju. Liczono przede wszystkim na Kraków, z którego Polską Komisją Likwidacyjną nawiązano już łączność. Mimo, że spodziewano się wybuchu powstania, liczono się też z koniecznością utrzymania porządku możliwie jak najdłużej. Z tego powodu, już 1 listopada powołano Polsko-Ukraińską Komisję Rządzącą, w skład, której weszło osiem osób, czterech Polaków (H.Liberman,W. Błażowski, dr Leonard Tarnawski, Feliks Przyjemski) i czterech Ukraińców (S. Zahajkiewicz, I. Żołnir, A. Aliśkiewicz, M. Demczuk). Nieco później dokooptowano jeszcze przedstawiciela ludności żydowskiej dr Landaua. Historia tej instytucji, sama w sobie jest i frapująca i niejednoznaczna. Z jednej strony jest ona przejawem rzeczywistej troski o miasto i utrzymanie w nim spokoju, z drugiej ewidentnej gry na zwłokę. Nie wolno jednak przy tym zapominać, że w dalszym ciągu idee Rzeczpospolitej Trojga Narodów w podświadomości nadal funkcjonowały. Poza tym, jakżeż często ludzie, którzy teraz stawali przeciw sobie, byli kolegami ze szkolnej ławy czy nawet przyjaciółmi.

Powoli miasto stawało wobec największej w swojej historii próby. Próby zapobieżenia bratobójczym walkom. Niestety nie udało się… i pamięć pierwszych dni wolności kojarzy się w naszym mieście z ofiarami. Często ofiarą życia ludzi młodych, szczególnie gimnazjalistów gimnazjum na Zasaniu. Konfrontacja polsko-ukraińska przyniosła cierpienia dla obu stron, ale przywróciła miasto Polsce i pozwoliła otworzyć również drogę do stolicy Galicji, i stolicy naszego województwa – Lwowa. W tym czasie, kiedy toczyły się walki w Przemyślu, obroną Lwowa dowodził nauczyciel przemyskiego I Gimnazjum (obecne im. J. Słowackiego) kpt Czesław Mączyński. Wyszedł na wojnę z Przemyśla jako nauczyciel i wychowawca, który jeszcze w przeddzień wypowiedzenia I wojny światowej wypłynął z młodzieżą tratwą do Warszawy. Po powrocie zmobilizowany, wziął czynny udział w walkach na froncie. W listopadzie 1918 r.,  jeden z bohaterów Lwowa, który w najtrudniejszej dla miasta chwili objął dowództwo.

Przemyskie_ogrody.jpeg

Walki, które trwały we Lwowie od 1 listopada, do Przemyśla jeszcze nie dotarły. Ukraińcy zbierali swoje siły do 4 listopada. Tymczasem, wiadomości z zablokowanego Lwowa były bardzo niepewne. Wiadomym było, że Lwów walczy i oczekuje pomocy. Z taką wiadomością do Przemyśla przybył płk Władysław Sikorski. Zmęczony udał się na spoczynek do pobliskiego hotelu. Przyjechał na lokomotywie, od strony Lwowa, a jego obecność w mundurze polskiego oficera, została natychmiast dostrzeżona przez przygotowujących się do zajęcia miasta Ukraińców. Ledwo Sikorski dotarł do pokoju hotelowego, już wpadł za nim jeden z portierów dworcowych Juliusz Plessel, który widział go wcześniej i znał, gdyż jego brat w młodości chodził razem z Sikorskim do tego samego gimnazjum w Rzeszowie. Przyniósł mu mundur kolejarski, w który natychmiast Sikorki się przebrał i obydwaj śpiesznie wyszli z budynku. Już na schodach spotkali żołnierzy ukraińskich, którzy wypytywali portiera o polskiego oficera, który przed chwilą wszedł do budynku. Plessel przeprowadził Sikorskiego w kierunku lokomotywowni, gdzie już czekało dwóch kolejarzy, którzy pomogli przeprawić się pułkownikowi na Zasanie. Jak to się stało, do końca nie wiemy, jako że sam Sikorki o tym nigdy nie pisał, a relację powyższych wypadków potwierdzoną przez Sikorskiego, znamy ze zbiorów Centralnego Archiwum Wojskowego. Z pewnością rola jaką odegrał Sikorki w organizacji obrony i odsieczy zarówno Przemyśla jak i Lwowa była znacząca. Pomimo, że samo to wydarzenie ma charakter epizodyczny, to jednak musiało emocjonalnie kojarzyć się Sikorskiemu z Przemyślem przez całe życie.

Wydarzenia nocy z 3 na 4 listopada wyraźnie pokazały, że sporu pokojowo rozwiązać się nie da. Z zaskoczenia Ukraińcom udało się zająć całe śródmieście nie zdołali natomiast opanować Zasania. W Przemyślu podobnie jak i we Lwowie zwycięstwo wymagało utrzymania wielu obiektów na terenie miasta, co doprowadziło stronę ukraińską do rozproszenia sił. Słabością ukraińskiej obrony był również brak artylerii. Aby zyskać możliwość obrony, Ukraińcy powinni byli wysadzić most kolejowy. Słusznie zresztą przewidywali, że przez niego pójdzie główne uderzenie polskie. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie; dlaczego nie wysadzono mostów przemyskich? Analiza dostępnych materiałów źródłowych wskazuje, że mosty nawet nie były zaminowane! Dwojakie powody tego zaniedbania, wskazuje Z. Konieczny:

- celowe działanie ukraińskiego kierownictwa politycznego, które liczyło się z przyszłymi kosztami ewentualnej odbudowy,

- dezercję żołnierzy ukraińskich wysłanych po materiały wybuchowe do Radymna. Obydwie hipotezy są prawdopodobne. Na razie nie udało się ustalić, która jest prawdziwa. Oczekiwanie na odsiecz ziściło się w południe 10 listopada, kiedy z Krakowa przybył do Żurawicy transport wojskowy z 334 oficerami i żołnierzami, dowodzonymi przez mjr Juliana Stachiewicza. Oddziały po obiedzie udały się na Zasanie, swoim przemarszem wzniecając owacje i nadzieję na odzyskanie śródmieścia. Do oddziałów odsieczy dołączyły jeszcze siły przemyskie, ochotnicy z Tarnowa oraz kompania żurawicka. Dawało to pokaźną siłę ponad 1600 ludzi, z której wydzielono oddział do przeprowadzenia ataku w następny dzień. Ultimatum domagające się zwrotu przez Ukraińców miasta upływało w samo południe 11 listopada.

Tymczasem na moście kolejowym działy się rzeczy bez precedensu. Na czele krakowskiej odsieczy przybył pociąg pancerny (umownie nazwany Odsiecz, w przyszłości PP-1 Piłsudczyk i PP-2 Śmiały). Załoga prawdopodobnie nie wiedziała o planie i terminie ataku i gdy oddziały odsieczy wymaszerowały na Zasanie pociąg ruszył prosto do Przemyśla. Po przejechaniu mostu  dojeżdżał do dworca i kilkakrotnie powracał na Zasanie, pozbawiony wsparcia.  Po kilku rajdach pociąg wycofał się do Żurawicy. W samotnej próbie „zdobycia Przemyśla” stracił 5 rannych, w tym dwóch ciężko. Jak to się stało, że jego dowódca kapitan Mickiewicz oraz zastępca kpt Małagowski, doświadczeni żołnierze podjęli taką akcję możemy się tylko domyślać i zwalić winę na panujący w tym czasie chaos. Pewnym jest, że złamany został rozejm. Ukraińcy, przyzwyczajeni do w miarę uczciwego traktowania rozejmu, byli nie mniej zdziwieni tym co się działo. Atak odparli, chociaż pociągu nie uszkodzili. Wiedzieli już jednak o jego obecności, co pozwoliło im odpowiednio przygotować się do odparcia ataku w następnym dniu. Nie mogąc wysadzić mostu, przygotowali swoistego bandera –lokomotywę, którą wypuszczono z dworca. Ta jednak poszła drugim torem i z dużą prędkością przejechała obok Odsieczy i zatrzymała się dopiero w Żurawicy, gdy straciła parę w kotle. Gdy okazało się, że pierwsza lokomotywa nie trafiła, Ukraińcy wypuścili drugą. Tym razem przesadzili z ciśnieniem pary. Lokomotywa nabrała zbyt dużej prędkości i na podjeździe do mostu wykoleiła się na rozjazdach, blokując oba tory, co uniemożliwiło wjazd Odsieczy na dworzec osobowy.  Kocioł jaki powstał na przyczółku mostowym, ogromna koncentracja ognia karabinów maszynowych, związały znaczną część sił ukraińskich, co umożliwiło sforsowanie Sanu oddziałom polskim. Równocześnie przeprawę Sanu podjęły: na południe od Buszkowic,  oddziały żurawickie dowodzone przez ppor. Peszka, zaś oddział kawalerii na wysokości Prałkowiec. Po godzinie piętnastej, 11 listopada walki przeniosły się w głąb miasta.  Prowadzone również w godzinach nocnych doprowadziły do odbicia Śródmieścia.

Przemyskie_ogrody2.jpeg

Epizod kolejowy, a zarazem pancerny walk o Przemyśl, wzbudził zrozumiałe zainteresowanie, świetnie zapowiadającego się felietonisty Melchiora Wańkowicza, który z załogą pociągu pancernego Odsiecz – późniejszy Śmiały zżył się bardzo. W oparciu o wspomnienia opisał scenę odbicia naszego miasta.

Nasz „Śmiały” idzie pierwszy na czele szczupłej odsieczy w nieznane ruskie mateczniki. Przed nami lśniąca wstęga szyn, biegnąca w bezkres, a na niej gdzieś – twierdza Przemyśl.

„Oto już jego wieże. Sanu woda przed nami i most przez San ogromny, żelazny, odrutowany, jak łapka na myszy.

Podminowali go z pewnością. Wyskakuje to sprawdzić patrol. Strzelanina ruska, i tak dosyć ożywiona dotychczas, potraja się. Wszystkich pięciu wywiadowców zostaje rannych i wraca, brocząc krwią. Zbadać most jest niemożliwe. A no, trudno! Rozpędzamy się, parę wstrzymujemy, żeby nam nie zasłaniała widoku i wpadamy na most pełnym pędem. Chwile idą krótkie, ale emocjonalne. Most dudni okropnym szczękiem żelastwa pod ciężarem pociągu i nie chce się skończyć. To u drugiego końca pewnie założono minę… Uf ! –wypadliśmy na drugi brzeg i „Śmiały” staje jak wryty. Jesteśmy w sferze tak szalonego ognia, że od pancerza, po którym idzie ciągły warkot płaszczących się kul, łuna bije. Przez małe otwory obserwacyjne wlewa się strumyk kul do wnętrza. Kilku naszych ludzi pada. Odgryzamy się z naszych kulomiotów. Nic nie pomaga. Aż dopiero, gdy prażyć poczyna nasze działo poważnym basem, opór słabnie. Zaraz pierwszy nasz szrapnel pęka na dachu domu obsadzonego przez Rubinów. Następne równie skuteczne. Przez most już suną szare mundury 5 pułku. Stara gwardia. Wpadają do miasta. Huk walki toczy się dalej i przewala się kłębami strzałów po splątanych ulicach miasta”.

Ze zrozumiałych względów, zaledwie zasygnalizowałem kilka wątków listopadowych walk polsko-ukraińskich o Przemyśl. Ośmielę się jedynie na zakończenie nadmienić, że w opracowaniu aktualnie znajdują się w TPN i ROKEiN  Źródła i materiały do historii walk polsko-ukraińskich o Przemyśl w 1918-1919 r.

×

Zapisz się do newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych w celu przesyłania newslettera. Podanie moich danych osobowych jest dobrowolne, ale niezbędne do realizacji usługi. Jestem świadomy/ma iż mam możliwość ich poprawiania, żądania zaprzestania ich przetwarzania lub wniesienia sprzeciwu wobec ich przetwarzania. Administratorem danych jest Gmina Miejska Przemyśl z siedzibą Rynek 1, 37-700 Przemyśl